środa, 21 stycznia 2015

Rozdział 4


                                                           

                                                                 Rozdział 4

Po zakończonych lekcjach Collin szybko udał się na spotkanie z Connie. Chyba trochę się spóźni. Przepychając się przez tłum, zbliżał się do kawiarni ‘Lapis Lazuli’.
-Witamy! Stolik dla jednej osoby? -kelner podszedł do niego z uniesionym jednym palcem.
-Nie, ktoś na mnie czeka... –powiedział chłopak rozglądając się po całej kawiarni. Nigdzie w zasięgu wzroku nie widział Connie.
-Przepraszam, czy była tutaj dziewczyna ubrana w mundurek pobliskiej szkoły?
Kelner pochylił głowę.
-…Biega wszędzie ze swoim pamiętnikiem... –mówił dalej Collin.
-Ach tak, już pamiętam. Zgadza się, była tutaj przez jakiś czas.
-Już wyszła? –zdziwił się Collin. Przecież nie spóźnił się aż tak bardzo.
-Widziałem, jak wychodziła stąd z jakimś mężczyzną chwilę temu.
...Co...? Tylko niech nie mówi, że...
-...Jak wyglądał? –zapytał pospiesznie Collin
-Rozmawiał po cichu z każdą dziewczyną. Miał na sobie wielką i długą czarną kurtkę. –opisał mężczyznę kelner.
...Tak, to na pewno był jakiś nagabywacz. Pewnie uznał Connie za łatwy cel.
Generalnie nagabywacze nie zabierają od razu swoich zdobyczy do biura. Zamiast tego rozmawiają z dziewczynami właśnie w takich kawiarniach, gdzie panuje miła i przyjemna atmosfera. W ten sposób dokładnie je poznają.
-Chryste, co za naiwna dziewczyna… -Collin nie mógł w to uwierzyć
Chłopak pospiesznie wyszedł z kawiarni.
Są cztery ‘agencje talentów’, które znajdują się w Centralnej Alei. Wszystkie są pod ochroną organizacji Leroya Breena. Oczywiście wszystkie wiedzą, czym jest ta organizacja. Collin nie chciał się do tego uciekać, ale naprawdę nie maiał wyboru... Wybrał więc numer na swojej mojej komórce.
-Tutaj Korporacja Breen. Czy twoja agencja miała w ciągu ostatniej godziny jakiś kontakt z dziewczyną o imieniu Connie?
Mężczyzna w telefonie zaprzeczył. Collin nie miał wyboru i dzwonił do trzech pozostałych agencji. W końcu minęła godzina, a jego poszukiwania wciąż nie przynosiły efektów.
-Ach, Collin! -Connie wyszła zza rogu ciemnego budynku.
-Ach, w końcu cię znalazłem, a to niebywale trudne, gdy nie masz przy sobie komórki.
Pomimo tego, że została uprowadzona, nie wydaje się, aby była załamana czy coś...
-…Co się stało? –zapytał Collin patrząc na Connie niespokojnie.
Udawał, że nie wiem wszystkiego.
-Cóż, ten fotograf chciał zrobić sobie ze mną kilka zdjęć.
-... Nieźle. W końcu jesteś ładna. –powiedział Collin starając się nie okazywać tego co naprawdę myślał o całej sprawie.
-Wcale nie, ale dziękuję. –powiedziała Connie i uśmiechnęła się.
Ten uśmiech prawie skończył w jakimś czasopiśmie.
-Ale obiecałaś mi, że będziesz na mnie czekać w kawiarni. Nie powinnaś wychodzić z jakimś podejrzanym nieznajomym, gdy jesteś z kimś umówiona. –przypomniał jej chłopak.
-Przepraszam. Naprawdę mi przykro. Był taki miły, że nie miałam serca mu odmówić... Poza tym naprawdę chciałam się z tobą najpierw skontaktować. –zarzekał się Connie. -Ale że nie było żadnych budek telefonicznych w pobliżu, powiedział, że mogę skorzystać z telefonu w jego biurze…
Poważnie? Czy ta dziewczyna w ogóle nie ma wyobraźni?
-A co z fotografem?
-Nie zrobił nawet jednego zdjęcia. Nagle powiedział, że powinnam pójść do domu, po czym odprowadził mnie do drzwi.
Ten drań wiedział, co znaczy nazwisko rodziny Breen, dlatego odpuścił.
-Pewnie nie byłam wystarczająco dobra. –powiedziała Connie z westchnieniem.
Po tym Collin mógł się już tylko krzywo uśmiechnąć.
-Ech, zapomnij o tym, nic się nie stało. Chodźmy kupić płytę Bacha. –rzekł w końcu Collin, ciesząc się, że nic się jej nie stało.
-Och, właśnie. Przepraszam, że musiałeś czekać. –powiedziała z uśmiechem i ruszyła za nim.

Gdy kupili już wszystko, spacerowali sobie ponurymi ulicami. Mimo, że było już ciemno, nastrój był przyjemny i Collin cieszył się, że w końcu ma miłe towarzystwo. W domu musiał się użerać z mającymi wieczne pretensje, typami z grupy Souwa. Tu czuł się zdecydowanie lepiej.
-Collin, czemu kupiłeś dwie takie same płyty? –zapytała się Connie zdziwiona.
-Hehehe, nie wiesz? –zaśmiał się patrząc na nią.
-Uhm... Przepraszam, ale nie wiem. –powiedziała.
-Pierwsza trafi do mojej kolekcji, której nigdy nie otworzę. Będzie pełniła funkcję dekoracyjną. –wytłumaczył jej to, patrząc na dwie płyty.
-Łał, musisz naprawdę go lubić. Jedyne utwory jakie znam, to ‘Aria na strunie G’ i ‘Toccata i Fuga d-moll’.
-Te dwa utwory są najbardziej znane. Ta płyta koncentruje się bardziej na ‘Chaconne’.
-‘Chaconne’? –Connie popatrzyła ciekawie na chłopaka
-Żeby być dokładnym, to jest to ‘Siuda skrzypcowa Nr.2 d-moll’. Jest grana wyłącznie na skrzypcach. Jest wiele wersji tego ‘Chaconne’. Najsławniejsza jest wersja Busoni, ale osobiście nie podoba mi się aż tak bardzo.
-Busoni? –zapytała znowu.
-Pomimo tego, że kompozycje Bacha są doskonałe, to uważam, że kilka z jego prac jest naprawdę trudnych w wykonaniu, a utwory takie jak ‘Aria’ i ‘Fuga’ pozwalają słuchaczom zakochać się w ich melodii.
-Och... Tak, rozumiem cię...-powiedziała niezbyt pewnie dziewczyna
-Suity francuskie’ są na to doskonałym przykładem. Gdybyśmy chcieli omówić wykonawców, to w tych utworach najlepiej na klawesynie gra Leonhardt, ale jeśli dasz mi chwilę, to zastanowię się nad tym, komu najlepiej wychodzi na pianinie.
-Łał... Naprawdę?
-Mimo iż powiedziałem tak dużo, to nie myśl sobie, że jestem jakimś zagorzałym fanem. Na przykład wciąż nie rozumiem jego kantat kościelnych.
-Jak możesz nie być zagorzałym fanem, jeśli tak się zachowujesz? –zdziwiła się Connie.
                                ***
- Dzięki, że spędziłeś ze mną czas, kupiłam sobie nawet śliczny pamiętnik. Świetnie się dzisiaj bawiłam. –uśmiechnęła się Connie
-I na koniec: to, co odróżnia Bacha od reszty, to...
-(N-Nadal to ciągnie?)
Connie i Collin nawet nie zdali sobie sprawy z tego, że już są na stacji.
-O, cholera. Obiecałem Sarze, że przyjdę dzisiaj na jej trening. –przypomniał sobie Collin. Gdyby drugi raz nie przyszedł, to chyba by zwariowała.
-Naprawdę? Przepraszam, że zatrzymałam cię na tak długo.
-Przepraszam, Connie. Muszę już iść.
-Collin, Collin! -Connie próbowała zamknąć usta, lekko przygryzając wargi.
-Tak? –spytał ją Collin
-...Więc...Pożyczysz mi tę płytę?
-Jasne, nie ma problemu. Pożyczę ci ją jak tylko ją przesłucham.
...Naprawdę o to chodziło?
-Świetnie... No to do zobaczenia jutro w szkole.
...Wygląda na to, że wciąż coś ukrywa. E tam, kogo to obchodzi? Gdy się pożegnaliśmy, Collin udałem się na trening Sary. Miejsce to było oddalone o dwie stacje od Centralnej Alei. Stadion ulokowany w środku Centralnej Dzielnicy jest ogromnym budynkiem. W środku znajdują się nie tylko normalne lodowiska, ale także te specjalne do hokeja i jazdy figurowej. Ponadto stadion otwarty jest cały rok. To zadziwiające, jaką ilość mediów przyciąga ostatnio Sara. Nic dziwnego, że miasto Featherstone otwiera się na sportowców. Jest już 6.30. Najwyższy czas na to, aby klienci opuścili stadion i zaczęły się treningi sportowców.
Kiedy Collin wyjaśnił ochronie, że jest krewnym Sary, pozwolono mu wejść.
Oczywiście dołączanie do osób trenujących na lodowisku jest ściśle zabronione. Usiadł na miejscu i zaczął oglądać trening.
-Hej, Collin! -z lodowiska słychać było szczęśliwy i beztroski głos.
Chłopak nie widział jej trenerki, więc prawdopodobnie mieli przerwę.
-Collin, patrz, patrz! –krzyknęła Sara.
Dziewczyna z gracją sunęła po lodowisku, nie mając nawet założonego płaszcza.
- To obowiązkowe kształty! –wykrzykneła Sara
Obowiązkowe kształty to konkurencja, w której zawodnik musi wyryć wzór w lodzie. Niestety, gdy okazała się być niemożliwa do transmisji telewizyjnej, usunięto ją z programu zawodów.
-Trening niedługo się skończy, więc czekaj na mnie!
Kanon kręciła się w koło na jednej nodze. Czasami zmieniała kierunek, w którym się obracała, powoli ryjąc kształty w lodzie. Z powodu jej flegmatycznej natury nie wygląda to aż tak fantastycznie. Collin trochę się tu nudził, ale dla jej przyjemności postanowił zostać.
 -Skończone! –zawołała z lodu.
-Nie przestajesz trenować nawet podczas przerwy... Imponujące. –nie mógł nadziwić się Collin
-Hehe, zaczekaj, dopóki nie zobaczysz tego!
Kanon na jego oczach zaczęła jeździć do tyłu. Łyżwy bez najmniejszych problemów poruszały się po lodzie.
-Łał. Zrobiłaś ostatnio postępy? -rzucił obowiązkowym komplementem Collin.
-A teraz będzie piruet!
Obracając się dookoła udało się jej wykonać piruet. Ale wyglądało na to, że nie zrobiła tego dostatecznie mocno, bo w krótkim czasie się zatrzymała.
-Łał. To wyglądało naprawdę świetnie. Chyba. W każdym razie, wydaje mi się, że ostatnio schudłaś.
-No. Dzięki temu mogę skakać wyżej!
-Aaaaaaa! –rozległ się wrzask.
Gdy próbowała wykonać drugi skok, straciła równowagę.
-Hej, uważaj, jeszcze zrobisz sobie krzywdę.
-Spokojnie, spokojnie. –powiedziała tylko, ale zeszła z lodowiska.
-Nie jest ci zimno? –zapytał się chłopak patrząc na jej odkryte ramiona.
-Nie, w ogóle.
-To, co masz na sobie... to twój kostium na zawody?
-Tak.
-Czy to w porządku, że już teraz go zakładasz?
- Wielki dzień się zbliża, więc muszę w nim ćwiczyć. –powiedziała uśmiechając się marzycielsko
Za półtora miesiąca Sara wystartuje w zawodach, na których wytypują zawodników na Olimpiadę.
-A właśnie, gdzie jest mama? –zapytał się Collin rozglądając się,
-Trenerka? Jest właśnie na spotkaniu. –powiedziała Sara
-Pewnie jest zajęta, co? A chciałem się z nią przywitać. –powiedział zmartwiony Collin – No cóż, a co zamierzasz robić dalej w łyżwiarstwie? Sara uśmiechnęła się szeroko.
-Nie wiem. Ale zdecydowanie zamierzam dostać się na Olimpiadę! Hej, hej, posłuchaj mojego planu na zdobycie popularności!
-Planu? –zdziwił się Collin
-Plan polega na tym, że im więcej ludzi przyjdzie na występy Sary, tym bardziej popularna się ona stanie!
-Świetnie! A co potem?
-Um, to wszystko.
-Ten plan jest zbyt ogólny, ale w sumie pasuje do ciebie. Jestem pewny, że wszystko będzie dobrze.
Sara powróciła na lodowisko, cały czas się przy tym uśmiechając.
-No to teraz pokażę ci mój poczwórny skok!- krzyknęła dziewczyna
‘Poczwórny skok’ oznacza poczwórnego Lutz'a, wyjątkowo trudną akrobację, której nigdy nie wykonała żadna uczestniczka oficjalnych zawodów. Sam skok jest prosty. Najtrudniejsze jest lądowanie.
-Zawsze upadałam, gdy próbowałam go wykonać, ale tym razem jestem pewna, że mi się uda, bo ty patrzysz na mnie.
-Hej, nie próbuj, jeśli nie jesteś pewna, że ci się uda. Jeszcze zrobisz sobie krzywdę
-Ale stanę się bardziej popularna, jeśli uda mi się go wykonać!
-Ale tylko wtedy, gdy wykonasz go poprawnie –przypomniał jej Collin
-Każdy uwielbia ten moment, gdy zobaczy jakąś nowość. Muszę dać z siebie wszystko, musi mi się udać! –powiedziała entuzjastycznie.
Sara zaczęła jeździć coraz szybciej. Nagle telefon Collina zaczął dzwonić.
-Czekaj, ktoś do mnie dzwoni...
Collin pomyślał, że to może być Lary. Zawsze jak rozmawiał z nim przy kimś nazywał go Clary. Nikt nie mógł się dowiedzieć, że Collin ma z nim jakiś związek, więc chłopak ukrywał nawet jego płeć przed znajomymi. Niektórzy nawet podejrzewali, że Clary to dziewczyna Collina.
-Halo...? –zaczął Collin
Jednak gdy usłyszał głos wydobywający się z głośnika, nie mógł złapać oddechu.
-Collin, skończyłeś już?
Chłopak nie zwracał już uwagi na Sare.
-Zaczynam! Zaraz będę skakać! Wiele stracisz, jeżeli nie będziesz uważał! –zachęcała go dziewczyna
Gdy Collin skończył rozmawiać, powiedział tylko jedno:
-Przepraszam, coś mi wypadło.
-Co? Czekaj, czekaj!
Sara stąpała ciężko po lodzie, tak ciężko, że Collin mógł usłyszeć dźwięk miażdżonego lodu. Jego sposób myślenia diametralnie się zmienił. Jego beztroskie życie na powierzchni Ziemi dobiegło końca.  Właśnie rozmawiał z Leroyem Breen, który wezwał go do swojego mieszkania...
                                                                 ***
Południowa dzielnica jest bardzo cicha. To spokojna okolica, w której niedawno wybudowano apartamentowce. Każda rezydencja jest tak przestronna i luksusowa, że sprawia wrażenie, jakby to już nie była Anglia. Widok pieszego jest tutaj niezwykle rzadki. Czasami tylko spotka się policjanta na patrolu. Luksusowe drzwi pokryte są etykietami różnych agencji ochrony. Nawet mysz się nie prześlizgnie. To dzielnica, która idealne ukazuje potęgę jej mieszkańców... Ludzi, którzy rządzą miastem.
Po około godzinie Collin przybył do posiadłości Leroya. ...Nieważne, jak często tutaj przychodził, zawsze się denerwował. Gdy nacisnął dzwonek, odezwała się służąca.
-Tutaj Collin. Czy mój ojciec jest w domu?
Po kilku minutach dostał pozwolenie na wejście. Na podjeździe stały zaparkowane dwa czarne, drogie samochody. Idąc korytarzem, zerknął na staw.
Po drodze spotkał też kliku podwładnych Leroya i podszedł do nich.
Lerou jadł właśnie kolację ze swoim gościem. Kazali Collinowi się z sobą napić...Mógł tylko wykonywać polecenia. W końcu stanął przed pokojem gościnnym. Zza przesuwanych drzwi wydobywało się światło. Nie słyszał żadnych rozmów. Zamiast tego usłyszał dźwięk alkoholu płynącego przez czyjeś gardło. Nie było wątpliwości, że mężczyzna po drugiej stronie oczekiwał chłopaka.
-Przepraszam, że przeszkadzam. Tutaj Collin.
Po krótkiej chwili...
-Och...
Leroy Breen westchnął w sposób, który mógł przypominać ryk jakiegoś zwierzęcia.
-Mogę wejść? –spytał się niepewnie
Powiedziano mu, że w środku jest gość, jednak w ogóle go nie słyszał.
-Wejść.
Collin od razu wyczuł, że coś tutaj nie gra.
-Jesteś. –odezwał się krótko Leroy, obserwując Collina. -Minęło dużo czasu…
Kosztowne jedzenie leżało porozrzucane na stole. W pokoju leżała przed Collinem osoba, która zdawała się być gościem. Leżała na stole z rozciętą głową. Chłopak Przyglądał się mu, zastanawiając się czy żyje, czy może jest martwy.
-Jak się miewasz? –spytał się Leroy
-W sumie to nic szczególnego się nie wydarzyło. –odpowiedział Collin-
Absolutnie nic nie przykuło mojej uwagi.
Z powodu jego ojca... Z powodu Leroya był przyzwyczajony do widoku krwi.
Na rogu stołu leżała pognieciona wizytówka.  Stacja Mai. Kierownik produkcji. Zdawało mu się, że słyszał już wcześniej tę nazwę. W każdy poniedziałek, w czasie największej oglądalności, omawia różne przedstawienia. Ogląda go ponad 20% widzów. Jest bardzo popularny.
Zarówno w życiu osobistym, jak i w życiu zawodowym, dokonał wielu imponujących rzeczy. Nie ma na świecie osoby, która przeszłaby obok niego obojętnie.
-Coś nie tak? Przeszkadza ci to? –Leroy wskazał na człowieka.
-Nie. –odpowiedział tylko Collin.
Skoro podał mu swoją wizytówkę, to zapewne spotkali się dzisiaj po raz pierwszy.
-Ten facet jest zbyt arogancki, pozwala sobie na zbyt wiele. –powiedział z westchnieniem Leroy.
-Nie zmieniłeś się, ojcze...
Sara jest sławną łyżwiarką figurową. Wystąpiła nawet w kilku reklamach.
Jeśli Leroy nazwał tego człowieka ‘aroganckim’, to na pewno nie chodzi o jego osobowość... Na bank mieli jakieś zatargi w interesach. Już na pierwszym spotkaniu mój ojciec sprowadził tego człowieka na skraj śmierci. A osoba ta na pewno ma taki sam status społeczny jak on, może nawet i wyższy. Gdy Collin był młodszy, zawsze zastanawiał się, czemu jego ojciec jest tak okrutny. Nagle dało się słyszeć jakieś jęki. Wygląda na to, że ten mężczyzna nadal żyje.
-...M-Myślisz, że to, co m-mi zrobiłeś, u-ujdzie ci na s-s-sucho? –zaczął jąkać  patrząc groźnie w ich stronę. Leroy spojrzał na mężczyznę
-Powiem o wszystkim mojemu prawnikowi... Nie, powiadomię policję... Zetrę cię na pył... Zniszczę cię.
Leroy zaśmiał się.
-Twoja córka ma dwadzieścia lat, tak?
Breen łyknął przepysznego wina. Collin wiedziałem, o czym myśli Leroy. Jest już za późno. Dla tych, którzy nigdy nie doświadczyli prawdziwego niebezpieczeństwa, szukanie pomocy u policji czy prawników wydaje się być logiczne. Ale jest już za późno. Policja nie wkroczy do akcji dopóki coś się nie wydarzy, a prawnik nie będzie stał przez cały czas po tej samej stronie.
-Więc... Twojej córce pewnie nie spodobałoby się pocięcie na kawałki i zakopanie w lesie, czyż nie? Wiesz, sporo bandytów grasuje teraz po ulicach.
To już nie były czcze pogróżki. Mnóstwo przestępców podlegających Korporacji Breen tylko czeka na rozkazy. To bestie, które byłyby dumne, gdyby znalazły się w więzieniu po wykonaniu zadania. Są bezmyślnymi potworami, które nie zastanawiają się nad tym, jaka kara może ich czekać. Wykonują po prostu swoje zadania.
-Usiądź i częstuj się. –powiedział Leroy zwracając się tym razem do Collina.
Jedzenie było całe ochlapane krwią.
-Jedzenie wygląda przepysznie, dziękuję Panu. –powiedział Collin.
Mężczyzna już ledwo oddychał. Collin Wziął w dłoń widelec.
-Z-Zadzwoń po karetkę... –powiedział mężczyzna słabo. Próbował się jeszcze ratować.
-Chcesz się czegoś napić? –zapytał Leroy.
-Nie, alkohol jest trochę… -zaczął Collin, ale nie dokończył słysząc kolejne jęki.
-U-Uratuj... mnie... –błagał mężczyzna.
-To wino, wyprodukowane we Francji. Jest całkiem niezłe. –Leroy nawet nie patrzył w stronę ciała.
-Naprawdę…?
Ten facet nie pociągnie już zbyt długo. Niemniej jednak ich dwójka w ogóle się nim nie przejmowała, kosztując w tym czasie jedzenie. Tak właśnie wygląda relacja między Leroyem Breen i Collinem Breen.
-A więc jakie są rozkazy? – Collin nieśmiało przerwał ciszę. Leroy pochylił głowę.
-Pachniesz kobietą.
-Przez parę dni chodziłem tu i tam z koleżanką z klasy, Connie…
Leroy znowu zaczął się wpatrywać w Collina. Miał blisko dwa metry wysokości… Olbrzym przerażał każdym kawałkiem swojego ciała.
-Czy to źle? –spytał się niepewnie chłopak.
-To nie ta kobieta. –rzekł Leroy.
-Spotkałem się z Sarą
-Tak, powiedziała mi. –powiedział Leroy łapczywie pijąc wino. -Sara jest inna niż Mina. Ma duszę.
Mina to matka Sary. Collin nazywał ją ‘mamą’, kiedy był w szkole albo rozmawiał z Sarą. Była także trenerką jazdy figurowej. Oprócz tego była kiedyś miłością Leroya. Innymi słowy, mimo iż Sara jest jego jedyną córką, jest owocem romansu. Pierwsza żona Leroya zmarła dawno temu. Collin nigdy jej nie spotkał. Sara o tym nie wie, ale oczywiście Leroy i Mina nie mieszkają razem.
-Sara bardziej przypomina ciebie niż swoją matkę. –powiedział Leroy.-
Uparta i ambitna… Ta dziewczyna może się zmienić tylko po to, by być użyteczna.
-Tak...
Jest kandydatką na Olimpiadę. Wydawcy i różne przedsiębiorstwa już pukają do jej drzwi. Jeśli uda jej się dostać, to zagraniczne media na pewno się nią zainteresują.
-Jej przyszłość jest jasna. Będzie twarzą Korporacji Breen, pomoże poprawić nasz wizerunek na świecie. –stwierdził pewnie Leroy
Leroy obniżył ton głosu i przysunął się do Collina.
-Słyszałeś o małej organizacji o nazwie ‘The Boys’?
-Ta, mają nawet sporo wpływów w Centralnej Alei. –odpowiedział chłopak.
Organizja ta pomaga zdobyć klientów na specjalne imprezy. Są zwykłą grupą bandytów, ale ich pojawienie się spodobało się pewnym osobom. W porównaniu do innych organizacji, całkiem nieźle idzie im gromadzenie klientów.
-Chcesz z nimi dobić jakiegoś interesu?
Gdy Collin to powiedział, Leroy zmarszczył brwi.
-Sprzedają kokainę.
-...Niemożliwe. –Collin nie mógł w to uwierzyć.
Na jego plecach pojawił się zimny pot. Taka mała organizacja ośmieliła się sprzedawać kokainę? Niewybaczalne. To niewybaczalne, gdyż sprzedaż kokainy jest nielegalna. Cała kokaina krążąca w tym mieście jest pod kontrolą Leroya  Breena. Collin wiedział tylko to, co miał wiedzieć, nie miał pojęcia, skąd biorą kokainę. Ale najważniejsze w tym wszystkim jest to, że ci amatorzy wkroczyli na ich teren.
-I wygląda na to, że ich kokaina jest wyższej jakości niż nasza. –powiedział Leroy -Skoro już o tym mówimy, to pewien człowiek dowie się, kto jest ich liderem.
Z jego mobilnością, władzą i obszerną siecią informacyjną znalezienie dzieciaka, albo dzieciaków, którzy tym wszystkim kierują, nie będzie problemem.
-Ach rozumiem. Pewnie nie na wiele się przydam, ale też poszukam informacji. –zadecydował Collin
-Zrób tak, synu. –powiedział Leroy pochylając głowę.
-Oczywiście. W końcu całe moje obecne życie zawdzięczam tobie, ojcze.

Potem pił z Leroyem do późna. Nie miał pojęcia, co się stało z tym biednym człowiekiem.

                                             

1 komentarz:

  1. Łał, nie przestajesz mnie zadziwiać :) Najpierw Mia, teraz jakiś gość na stole... no, no! Nie mogłam się oderwać, po prostu świetne! Klimat robi się coraz bardziej mroczny i... ciekawe o co chodziło z tym, że ta Mina nie ma duszy?
    Oprócz kilku miejsc, w których pomyliłaś narrację, nie zauważyłam wielkich błędów. Ogółem rozdział mi się podobał :D

    Pozdrawiam.
    http://polelf-z-fabryki-swietego-mikolaja.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń