niedziela, 25 stycznia 2015

Rozdział 5

Dłuuugi rozdział przed wami :D Mam nadzieje, że mimo wszystko to was nie zniechęci.




                                                                   Rozdział 5 

W tym tygodniu Collin nie opuścił ani jednego dnia szkoły, więc całkiem dobrze się czuł. Dla niego jest to miejsce, w którym można było się odstresować. Dzisiaj był w szkole dość wcześnie, więc na korytarzu nie było za dużo osób. Kiedy chłopak przybył do klasy, spotkała go niespodzianka. Dziewczyna, która była nieobecna przez kilka dni, w końcu zjawiła się w szkole i stała przy oknie.
-Cześć. –przemówił chłopak przyjaznym głosem. -Wcześnie dzisiaj jesteś, Felicity.
-…
Felicity w ogóle to nie zainteresowało i dalej podlewała kwiaty.
-Jesteś taka odpowiedzialna. Przychodzisz tutaj każdego ranka tylko po to, by podlać kwiaty, tak?
Jego rozmowa z tą dziewczyną nie jest bezcelowa.
-Nie było cię kilka dni, prawda? Nie mogę cię za to obwiniać, ale co się stało, że nie byłaś obecna w szkole? Mam nadzieję, że się nie przeziębiłaś.
Felicity jest córką dyrektora tej szkoły. A dyrektor jest także prezesem przedsiębiorstwa... A przedsiębiorstwo to pomaga Korporacji Time ――jednej z najlepiej prosperujących firm na rynku.. Korporacja Time produkuje wszystko, od długopisów po rakiety, a jej siedziba mieści się tutaj, w mieście Featherstone. Ogromna różnorodność produkcji wpływa na tutejszą gospodarkę. Ich wpływ tak oddziałuje na miasto, że jest to aż zaskakujące... Zupełnie tak jak Przymierze Souwa. Oznacza to, że jeżeli Collin  będzie utrzymywał dobre stosunki z Felicity, to nie będzie problemu z różnymi operacjami finansowym.
-Hej, Felicity... Podałabyś mi swój numer? Może kiedyś gdzieś wyskoczymy? –Collin uśmiechnął się.
Ręce Felicity, które trzymały konewkę, nagle się zatrzymały.
-…Collin.
-Hm?
-Lubisz kwiaty?
-Um, cóż... Lubię patrzeć na przepiękne ogrody, ale to nie tak, że jestem jakimś maniakiem czy coś.
-Więc co lubisz?
-Dziewczyny. -musiał cały czas się uśmiechać, gdy to mówił. -Żartuję tylko. Tak naprawdę to muzykę klasyczną, kupiłem nawet wczoraj płytę.
-Muzka klasyczna... To wszystko?
-Hę? Chcesz dowiedzieć się o mnie więcej? Lubię też chodzić po mieście.
-Lubisz pieniądze? -ton głosu Felicity delikatnie się zmienił.
-Pieniądze, mówisz? Od zawsze byłem bogaty, więc nigdy się nad tym nie zastanawiałem. -Uśmiechnął się drapiąc  przy tym w tył głowy, ale wtedy Felicity nagle przemówiła.
-Wielka szkoda... A już zamierzałam się z tobą kłócić, gdybyś powiedział: ‘Nienawidzę pieniędzy’.
-Haha... O czym ty mówisz? A jak jest z tobą, Felicity? Lubisz pieniądze?
Dziewczyna nie odpowiedziała.
-Wiem o tobie.
-...Niby co?
-Wozisz się drogimi samochodami.
-Mówiłem ci, że jestem bogaty, ojciec mi go kupił.
Ale... Co ona wie?
-Spędzasz czas z jakimiś groźnie wyglądającymi ludźmi.
-…
Widziała go z kimś na ulicy...? Nikt z tej szkoły nie powinien wiedzieć o Korporacji Breen. Zawsze uważał, aby nikt się o niej nie dowiedział...
-Rozkazujesz osobom trzy razy starszym od siebie, zupełnie jakby byli niewolnikami.
-Um, gdzie to widziałaś...?
-W Południowej Dzielnicy. Mój dom jest blisko posiadłości twojego ojca. –powiedziała Felicity mrużąc lekko oczy.
-Więc dlatego…
Teraz nie ma sensu udawać głupiego. –stwierdził w myślach Collin. W końcu Felicity była córką dyrektora. Gdyby tylko chciała, łatwo mogłaby dojść do tego, czym zajmuje się uczeń.
-No i co? – chłopak delikatnie się uśmiechnął -Skoro wiesz, że zarządzam ogromnym kapitałem w Korporacji Breen, to co zamierzasz zrobić z tą informacją?
-Więc ujawniasz się, gdy ktoś ci grozi, tak?
-Mów, czego chcesz.
-Dlaczego udajesz takiego leniwego ucznia w szkole?
-Nikt nie będzie wyjawiał swoich grzechów, dopóki nie zostanie do tego zmuszony, czyż nie?
-Och, więc wiesz, że robisz coś, czego nie powinieneś?
-To był tylko przykład. Gdybym był tobą, przestałbym zrzędzić i krytykować w ten sposób. To stawia cię w złym świetle.
-Wbrew temu, jak wyglądasz, jesteś bardzo inteligentny. Nie uważam, że mam jakieś szanse na wygraną.
Felicity pozostała niewzruszona ...To trochę problematyczne. Powodem, dla którego Collin uczęszczał do szkoły, jest nie tylko to, że chciał się odstresować, ale także to, że pragnął ukryć swoje kontakty z podziemiem. Praktycznie wszystkie interesy załatwiał albo telefoniczne, albo przez e-maile. Nawet nie widział osób, z którymi załatwiał interesy. W jego świecie pokazywanie twarzy równoznaczne było z narażaniem życia. Oprócz Leroya tylko kilka osób w korporacji znało jego tożsamość. Dlatego tak istotne jest to, aby Felicity nikomu o niczym nie powiedziała.
-Mogę cię prosić, żebyś nikomu o tym nie mówiła?
-…
-Proszę.
Felicity nie odpowiedziała.
-Rozumiem. Ile chcesz?
-Ghh… Nienawidzę cię. To wszystko, co mam do powiedzenia.
-Czekaj, nie uciekaj! –Collin chwycił rękę Felicity.
-Co powiesz na jeden tysiąc?
-Mówisz poważnie?
-Pieniądze to jedyny sposób na załatwienie takich spraw.
-Ale jesteś żałosny.
-Twoja sympatia nie jest dla mnie najważniejsza. Po prostu chcę się czuć bezpiecznie.
Podszedł do niej bliżej. Usta dziewczyny zaczęły drżeć.
-...Wszyscy na nas patrzą.
-Powiem, że na ciebie wpadłem.
-To głupie...
-A co z tobą? Rzadko pokazujesz się w klasie. Miałaś chociaż jakaś przyjaciółkę? Myślisz, że ktoś mógłby stanąć po twojej stronie?
-…
Kąciki drżących ust Felicity opadły.
-Pogódźmy się, okej?
-…Puszczaj mnie.
Zadzwonił dzwonek.
-Mam nadzieję, że następnym razem urządzimy sobie milszą pogawędkę.
Tym razem Felicity uwolniła się z jego uścisku.

Centralna Aleja celuje z usługami głównie w młodsze pokolenie. Dla mafijnych przedsiębiorstw takich jak Korporacja Breen, która macza palce zarówno w legalnych jak i nielegalnych interesach, to główny dochód. Korporacja Breen ma teraz największe udziały w Centralnej Alei, ale inne organizacje znowu zaczynają tutaj celować, wiec muszą być czujni...Są jakieś zaległe sprawy, które powinnny zostać załatwione?...Jak się o tym pomyśli, to wciąż jest Felicity...Dziewczyna gardzi Collinem, ponieważ nie podoba jej się to, że pracuję dla mafii w tak młodym wieku. Każdy posiadający uczciwą pracę byłby wstrząśniety, gdyby dowiedział się o tym, czego dokonał. Ale to nie jest niezwykłe dla potężnych grup, aby używać do tego młodych ludzi. Są młodzi, pełni energii, nieświadomi i nierozważni.
A najważniejsze jest to, że są chronieni przez prawo, jeśli coś się nie uda. W awangardzie przemocy nie ma lepszego wyjścia. Mała różnica między Collinem, a innymi jest taka, że Leroy nie traktował chłopaka jak pocisku.
Do pracy nie używał mięśni, tylko mózgu. Od dnia, w którym został adoptowany, Leroy dostarczał mu wszystko, czego potrzebował. Dał mu nawet możliwość uczenia się. Wszystko, co mógłby sobie wyobrazić, znajdowało się w opuszkach jego palców. Jednakże Leroy kontrolował każdy grosz, który na niego przeznaczył. Nie tylko na jedzenie i wodę. Wynajmował mu pokój, podliczał koszt mebli, a nawet chusteczek. Collin czuł, że jego życie to jeden wielki zaciągnięty u niego kredyt. Wszystkie stale powiększające się koszty zmuszały chłopaka do użycia mózgu, aby go spłacić... Z pewnością każdy problem na tym świecie może zostać rozwiązany za pomocą pieniędzy.
Weźmy na przykład Centralną Aleję. Na całą budowę przeznaczono zapewne ogromne ilości pieniędzy. Telefony komórkowe, które wszędzie dzwonią, kobiety ubrane w firmowe sukienki. Z okazji zbliżającego się końca roku w planach jest nawet naprawa dróg. Nawet zimne nocne niebo pochłonięte jest przez aurę budynku Korporacji Time.
-Zniszczę je wszystkie... -szepnął Collin  do siebie.
-Zimno jest... –usłyszał głos za sobą.
Mia stała przede nim, nie widział nawet, kiedy podeszła.
-Och... Mia? Nie sądzisz, że jest już trochę późno?
-Nie aż tak. Poza tym tu pracuję, dopiero wracam do domu.
-Naprawdę? A gdzie pracujesz? –zaciekawił się Collin
-Uch, mam prośbę...
-Nawet nie słuchałaś, co...?
...Naprawdę jej nie lubił.
-Uch, przepraszam. Taka już jestem, że czasami przygnębiam ludzi, którzy znajdują się blisko mnie. Czasami czuję się jak mądrala pośród samych emo.
-…
-Pracuje w sklepie z owocami.
-Rozumiem… więc czego chcesz?
Mia pochyliła swoją głowę.
-Mógłbyś pożyczyć mi swoją komórkę?
-Moją komórkę? Nie masz swojej?
-Nie, nie lubię rozmawiać przez telefon.
-To nie tylko rozmowy. Przecież nie używa się ich tylko do dzwonienia.
-To nieprawda.
...Widać, że nie wie wielu rzeczy.
-Um, zapomniałam swojego portfela z kiosku, a niedługo go zamkną, jeśli szybko nie zadzwonię. Przepraszam, że tak nagle.
Coś tutaj nie gra. Ta dziwna dziewczyna... Czy ona przypadkiem nie próbuje sprawdzić historii ostatnich połączeń Collina?
-...Ach, przepraszam. –powiedział szybko chłopak, odwracając wzrok
-Co?
-Nie mam przy sobie mojego telefonu.
-Nie masz? -Mia przewracała oczami jakby była w szoku.
-Wydaje mi się, że zgubiłem go jakąś godzinę temu. I szukam go od pewnego czasu.
Jej oczy błyszczały.
-To kłamstwo.
-...Co?
Mia powoli skupiła na nim swój wzrok.
-Zimno dzisiaj, czyż nie?
-…
-Uszy tak mi zmarzły, że są całe czerwone. Ale u ciebie tylko lewe ucho jest czerwone. Oznacza to, że przez jakiś czas przyciskałeś coś do prawego ucha.
...Spostrzegawcza jest.
-Okej, okej. Chciałem się tylko trochę z tobą podroczyć. Już się tak na mnie nie gap.
-Ach, nie szkodzi. Też żartowałam. Pewnie śmialibyśmy się, gdybyś powiedział, że twoje prawe ucho opiera się zimnu.
Jak zwykle Collin się uśmiechnął. Mia też się "jakoś" uśmiechnęła. Gdy wręczył jej swój telefon, od razu zaczęła wybierać numer.
-Cześć, tutaj Mia... Tak, długowłosa Mia. Kiosk jest jeszcze otwarty? Świetnie...
Wróciła do swojego ponurego humoru. Im więcej Collin się o niej dowiadywał, tym dziwniejsza się stawała… Chociaż musiał przyznać, że jest genialna i potrafi napędzić stracha... A może tylko tak silnie na niego oddziaływowała? Chłopak czuł się tak, jakby jej wzrok był w stanie zobaczyć całą prawdę o nim.
-Okej, dzięki, skończyłam rozmawiać.
-Och, znaleźli twój portfel?
-Och, tak. Wygląda na to, że wypadł mi, gdy wkładałam banany do lodówki. Później podniósł go właściciel stoiska. -zaczęła się drapać po głowie. -No dobrze. Cześć, przepraszam za kłopoty...
Mia odwróciła się i ruszyła przed siebie.
-Więc jaka jest twoja prawdziwa praca?
-Co?
Mia odwróciła się. Może to tylko  wyobraźnia Collina, ale dziewczyna wyglądała na szczęśliwą.
-Praca w kiosku z owocami to ściema, co nie?
-Co dokładnie masz na myśli?
...Jaki był jej motyw?
-Jeszcze nigdy nie słyszałem, żeby ktoś trzymał banany w lodówce.
...Pewnie powiedziała to specjalnie i teraz go testowała…
-Ach, racja. Masz mnie, jesteś naprawdę mądry, Collin. Udało ci się wychwycić kłamstwo podczas naszej rozmowy.
-Haha... A ty, Mia, jesteś niezwykle interesującą osobą.
...Więc zasadniczo nie miała żadnego celu w pożyczeniu jego telefonu.
-Ach, przepraszam, to nieprawda. Ale moje prawdziwe miejsce pracy to tajemnica. Dzięki. Ale jest jeszcze coś, o co chciałabym zapytać, skoro juz tyle sobie powiedzieliśmy. W porządku?
I nadchodzi…
-Hm? O co chodzi?
...Następny etap będzie istotą tej rozmowy.
 -Nie, to nic ważnego, ale...
Mia powoli prostowała swoje plecy.
-Znasz ‘Devila’?
-Hę...?
Mia patrzyła na niego surowym wzrokiem.
-Kim on jest?
Leniwa atmosfera, która dominowała w rozmowie, nagle zniknęła.
-Więc go nie znasz?
-A czemu miałbym znać?
-Przybyłam do tego miasta właśnie po to, aby znaleźć ‘Devila’.
-...Mówisz poważnie?
-To wszystko, co chciałam powiedzieć. Po prostu szukam ‘Devila’ i chcę, żebyś o tym wiedział.
Collin nie odpowiedział. W oczach Mii oprócz determinacji można było ujrzeć także nienawiść.
-Przepraszam, że zajęłam ci czas…
 Zniknęła wsród tłumu Centralnej Alei. Mia szuka kogoś, kto nazywa się ‘Devil’ ...Coś tutaj nie gra. Mia może i zachowuje się trochę dziwnie, ale jest na tyle inteligentna, by wiedzieć, co robi. Dlaczego więc mówi rzeczy, które niektórzy mogą uznać za wariactwo? I czemu powiedziała to akurat Collinowi...?
-…Czas wracać do domu...
Nawet jeśli będzie o tym myślał, to pewnie i tak do niczego nie dojdzie.
Mia... nazywa siebie bohaterką. Obrończyni sprawiedliwości, która każe złych i pomaga słabym. Nie istnieją tacy ludzie. Ale gdyby ktoś taki istniał, chłopak chciałby o tym wiedzieć.
                                                           
                                                                        ***

 W tym dniu obszar śródmieścia miasta Featherstone nazywany Centralnym Przedsiębiorstwem został osnuty ciemnością nocy. Rzędy ogromnych budynków chroniły opuszczone ulice przed mroźnym powietrzem. Bezpańskie psy, bezdomni, wszyscy trzymali się z dala od tego miejsca.  Tylko w tej jednej dzielnicy znajdowały się setki biur potężnych przedsiębiorstw. Podczas godzin szczytu pokazywali się tutaj ludzie sławni na całym świecie, którzy są łakomym kąskiem dla mediów.
W centrum tej dzielnicy wybudowany jest wielki, przyciągający uwagę drapacz chmur... Ogromny wieżowiec pnie się w górę na wysokość pięćdziesięciu pięter i schodzi w dół na sześć. Został zaprojektowany tak, aby przykuwać wzrok. Inne wieżowce miały przy nim wyglądać jak domki jednorodzinne. Ten wieżowiec, to główna siedziba Korporacji Time —— jednej z najlepszych firm w Anglii. Kiedy inne firmy "spały", tylko ta się "przebudziła".  W najgłębiej położonej części budynku stał ‘Devil’. Siódme piętro pod powierzchnią ziemi, piętro, które w ogóle nie powinno istnieć. Ukryte pomieszczenie. Tak, miejsce to należało do Korporacji Time, jednakże tylko nielicznym wolno było tam wejść. Przeciętny pracownik nawet nie był świadomy istnienia tego pomieszczenia. Budynek ten miał więcej zabezpieczeń, niż inne budynki w Centralnym Przedsiębiorstwie. Kamery, wykrywacze metalu, mieli wszystko. Jedynym sposobem dostępu do tego pomieszczenia była winda, która znajdowała się na parterze. Można było nią zjechać tylko na siódme piętro. W sytuacjach wyjątkowych potrójnie wzmocnione szkło oddzielało drzwi windy od wejścia do tego pokoju.
-Nawet gdyby w tym pomieszczeniu ktoś został zamordowany, dowody można by łatwo zniszczyć.
Powiedział to samotny mężczyzna. Ubrany był w garnitur, wyglądał na pięćdziesiąt lat. Wśród starannie przyczesanych włosów można było zauważyć siwe pasma. Jego plakietka Korporacji Time odbijała światło przyciemnionej fluorescencyjnej lampy.
-Bardzo przepraszam, że zadzwoniłem do ciebie tak późno, ale chciałem przypomnieć ci, jak nagli mnie czas. -Ton głosu mężczyzny świadczył o jego zaufaniu.
Jego imię to Deon. Jako Szef Korporacji Time zarządza całym przedsiębiorstwem, to on sprawuje tutaj rządy absolutne. Jedno polecenie tego człowieka z łatwością mogłoby sprawić, że jakiś dom mógłby zostać zburzony. Jedno jego słowo mogłoby zmusić pracownika do odebrania sobie życia.
Jednak ‘Devil’ gapił się tylko na ścianę znajdującą się przed nim.
-Zarządzałeś naszym przedsiębiorstwem z cienia przez prawie rok, czyż nie? –upewniał się Deon
‘Devil’ kiwną głową zgadzając się z tym.
-Na początku myślałem, że do niczego się nam nie przydasz. Pomimo rekomendacji od CEO to przedsiębiorstwo prosperowało dumnie przez osiemdziesiąt lat, nie pozwalając osobom takim jak ty tak łatwo się wmieszać. –powiedział powoli mężczyzna
Deon przeczesał włosy rękoma. Zapewne jakieś przyzwyczajenie z pracy w handlu. ‘Devil’ spojrzał na niego.
-To prawda, że efekty twoich działań są bardzo zadowalające. Dzięki tobie nasze przedsiębiorstwo znów ma monopol dobrze prosperuje. Jesteś inny niż...
Nie przestawał go chwalić. Jednakże ‘Devil’ wyczuł, że Deon ma na myśli coś innego. W końcu przemówił.
-Chce pan powiedzieć, że już więcej mnie nie potrzebujecie? -Spokojnym głosem przeszedł od razu do sedna sprawy.
Deon zamilkł.
-Zarobiłeś ogromne pieniądze dzięki moim zaleceniom. –przypomniał mu ‘Devil’.
-...T-Tak...Nasze przedsiębiorstwo zbyt wiele ryzykuje.
-Przeze mnie?
-Z powodu drzemiącego w tobie diabła.
Usta Deona zadrżały. ‘Devil’ wiedział. Deon może i jest wysoko postawioną osobą, ale wie jedynie, jak zarządzać legalnymi interesami. W porównaniu do nielegalnych interesów zaplanowanych przez ‘Devila’ - Deon jest zwykłym żółtodziobem.
-Będę z tobą szczery. Chcę, żebyś wyjechał do Ameryki Południowej. –powiedział Deon.
-Trochę ciepło tam jest. -‘Devil’ pozwolił sobie na delikatny uśmieszek. Deon spróbował jakoś załagodzić sytuację.
-Powinieneś się tam ukryć dopóki rzeczy się nie uspokoją.
-Jak już mówiłem, jest tam dla mnie trochę za gorąco.
-Tak, jest tam gorąco, ale przygotowałem dla ciebie kurort. Obiecuję, że będziesz traktowany przyzwoicie...
-Źle. -‘Devil’ potrząsnął głową
-C-Co źle?
-Powinieneś bardziej się o mnie troszczyć, skoro tak bardzo ci pomagam.
-…Bardziej?
Właśnie w tej chwili drzwi windy się otworzyły. Mężczyzna w bieli wszedł do środka. Deon odwrócił się w jego kierunku. Przywitał go wzrokiem błagającym o pomoc.
-Pozwól mi kogoś przedstawić. To Seth…
Seth był młodym mężczyzną, który na oko miał ponad dwadzieścia lat. Miał bladą cerę i sprawiał wrażenie słabowitego, ale z jego oczu bił niesmowity blask. Wyglądał tak, jakby więcej czasu przesiedział w laboratorium niż w firmie.
-To nasz nowy doradca. Ukończył Uniwersytet w Bostonie. Zaprosiliśmy go tutaj z ogromną przyjemnością.
-Więc to mój następca? –‘Devil’ zmarszczył brwi.
-Studiowałem teorię gier. –powiedział Seth ochrypłym głosem.
-Słyszałem, że mówią na ciebie ‘Devil’. Czekałem na dzień, w którym cię poznam, ale nie sądziłem, że będziesz tak młody. Mam dwadzieścia sześć lat, ale ty musisz być jeszcze młodszy. To po prostu biznes. Od teraz Korporacja Time wejdzie w nową, legalną erę swojej działalności.
Seth kontynuował swoją pretensjonalną przemowę. ‘Devil’ nie czuł urazy do młodych mężczyzn, którzy zostali zaślepieni przez dumę. Uśmiechnął się, myśląc: ‘Och, daj spokój, dzieciaczku.’
-Czyżbyś miał coś do powiedzenia? –zapytał Seth
-Na pewno jesteś inteligentny. Jednakże musisz się jeszcze czegoś nauczyć, nieprawdaż?
Seth zaśmiał się szyderczo.
-Posłuchaj, chłoptasiu. Strategia marketingowa to nic innego jak teoria. Skutki zawsze będą takie same, niezależnie od niczego. Zostało naukowo udowodnione, że ludzie tacy jak ja, którzy potrafią przewidzieć, co się stanie, bardzo przydają się takim firmom.
-Brzmi wiarygodnie…
‘Devil’ powoli podszedł do Setha.
-No to zagrajmy w grę.
-W gre? –zdziwił się Seth.
-Jeśli wygrasz, wtedy wycofam się. Uznam twoją wyższość.
Usłyszawszy, co powiedział ‘Devil’, Seth uśmiechnął się.
-Oczywiście. Co to za gra?
‘Devil’ wyciągnął lewą rękę i trzymał ją przed Sethem. Wyprostował swoje palce i powiedział:
-Ty też wyciągnij swoje palce.
Seth podniósł swoją lewą rękę.
-Łącznie mamy dziesięć palców. –kontynuował ‘Devil’.
-Nawet ‘Devil’ ma tylko pięć.
‘Devil’ spokojnie kontynuował, ignorując kpiny Seth.
-Reguły są proste. Po kolei będziemy naszymi prawymi rękoma zginać te dziesięć palców.
-Gra w zginanie palców? Jestem w tym całkiem niezły.
-Możesz zgiąć jeden lub dwa palce w czasie swojej kolejki, ale nie możesz zgiąć dwóch palców tej samej ręki dwa razy z rzędu.
-Po jeden albo dwa palce? I osoba, która zegnie ostatni palec wygrywa?
-Bystry jesteś. Jakieś pytania?
Wtedy Seth cicho zachichotał. Próbował ukryć swoją radość. Wyglądało na to, że śmiał się z głupoty swojego przeciwnika.
-Mam prośbę, ‘Devil’. –doezwał się po chwilii Seth.
-Jaką?
-Mogę wykonać pierwszy ruch?
‘Devil’ kiwnął głową. Seth uśmiechnął się głupio na myśl, że jego prośba została zaakceptowana.
-Mam pewien pomysł –powiedział ‘Devil’ tajemniczo.
-Śmiało. Mów. –zachęcał go Seth.
-Dwadzieścia sekund na każdy ruch, co ty na to?
-Dwadzieścia? Dziesięć powinno wystarczyć.
-Naprawdę wystarczy ci tylko dziesięć sekund?
-Tak. –potwierdził Seth
-Jesteś pewny? –upewniał się ‘Devil’
-Koniec tej rozmowy. Zaczynajmy.
‘Devil’ i Seth stali naprzeciw siebie. Każdy miał wyprostowane palce lewej ręki.
-No to zaczynajmy. Wykonam pierwszy ruch. –powiedział Seth.
Seth uniósł prawą ręką zginając swój własny kciuk.
-Oto pierwszy ruch.
Skoro zaczęli od kciuka Setha, to osoba, która zegnie mały palec ‘Devila’ będzie zwycięzcą.‘Devil’ zgiął swój własny kciuk i palec wskazujący Setha.
-Twój ruch. Limit to dziesięć sekund.
Seth zgiął palec wskazujący ‘Devila’
-Jeden wystarczy?
-Tak. Zwycięstwo i tak jest już moje.
Podczas następnego ruchu ‘Devil’ zgiął dwa palce. Środkowy palec Setha i swój. Po tym ruchu Seth zachichotał.
-Nie rozśmieszaj mnie, ‘Devil’.
-O co ci chodzi?
-To gra matematyczna, w której osoba, która wyliczy numer dziesięć, wygrywa. Nawet gimnazjalista potrafiłby wygrać.
Seth dotknął swojego serdecznego palca, śmiejąc się w niekontrolowany sposób.
-Mój serdeczny palec jest siódmym w grze. Teraz wygranie tego jest dziecinnie proste, jeśli tylko spojrzysz na to wstecz. Aby zgiąć ostatni palec, trzeba zgiąć siódmy, wtedy się wygra.
-Ach...
-Musisz zgiąć czwarty, by zgiąć siódmy, musisz zgiąć pierwszy, by zgiąć czwarty. A to oznacza, że osoba, która zacznie, ma od początku zagwarantowane zwycięstwo.
‘Devil’ słuchał tłumaczenia Setha.
-Oznacza to, że kiedy zgiąłem siódmy palec, to ‘Devil’,  że  możesz zgiąć tylko ósmy albo ósmy i dziewiąty równocześnie. Jeżeli zegniesz ósmy, to ja dziewiąty i dziesiąty. Jeżeli zegniesz ósmy i dziewiąty jednocześnie, to ja zegnę dziesiąty.
Wtedy Seth w końcu zgiął siódmy palec ―― serdeczny palec swojej ręki.
-Za dużo gadasz. Już dawno minął twój limit.
‘Devil’ powiedział to spokojnie.
-Już chciałem ci powiedzieć, że przegrałeś, ale tym razem ci odpuszczę.
-Jesteś szlachetny, ‘Devil’. Dziękuję za twoją wspaniałomyślność.
-Ale drugi raz ci nie podaruję. Kontynuujmy.
-Kontynuować grę? Nie słyszałeś, co mówiłem?
Pozostały trzy palce. Ósmy ―― serdeczny palec ‘Devila’... Dziewiąty ―― mały palec Setha...I dziesiąty ―― mały palec ‘Devila’.
-Jesteś głupi? To ja zgiąłem siódmy palec! Przegrasz, przecież o tym wiesz!
-Nigdy nie wiesz, kto będzie zwycięzcą, dopóki gra się nie skończy.
‘Devil’ zgiął swój serdeczny palec, potem wyciągnął swoją prawą rękę w kierunku małego palca Setha.
-…Co za irytująca osoba. Panie Deon, uznałby pan już moje zwycięstwo?
Seth już świętował swoje zwycięstwo, gdy to się stało.
-Aaaa -Seth niespodziewanie krzyknął. Nie wiedział dokładnie, co się przed chwilą stało, ale na jego twarzy widać było cierpienie i szok.
-Eeee, c-coś ty zrobił?!
W przeciwieństwie do spanikowanego Setha, ‘Devil’ pozostał spokojny.
-Wykręciłem ci palec, czyż nie? Jeśli doświadczyłeś tego wcześniej, to będziesz wiedział, że po jakimś czasie można przyzwyczaić się do bólu.
Twarz Setha zbladła. Jego palec wykręcony był w niewiarygodny sposób. Bez wątpienia był to szok dla kogoś takiego, jak on.
‘Devil’ naprawdę wykręcił mu mały palec.
-Teraz twój ruch. Mówiłeś, że dziesięć sekund wystarczy, czyż nie?
Seth nie odpowiedział. Zamiast tego drżał z bólu.
-Co jest? Powiedziałem wcześniej, że drugi raz ci nie odpuszczę, jeśli przekroczysz limit. No dalej, mój mały palec jest ostatnim palcem, który pozostał. Musisz go zgiąć i wygrasz.
-P-Pomóż mi…!
Seth nie myślał już o grze. Pojedynek został rozstrzygnięty. ‘Devil’ opuścił jego rękę i zaczął z nim rozmawiać.
-Wiedziałem o twoich zdolnościach strategicznych po twoim pierwszym ruchu.
 ‘Devil’ kontynuował swoją przemowę, nie okazując na twarzy ani krzty dumy.[
-Tak jak powiedziałeś, osoba, która wykona w tej grze pierwszy ruch, wygrywa. Wszyscy tak myślą, dlatego trzeba zrobić coś, aby przestali tak myśleć.
Seth pochylił głowę, dotykając ręką czoła. W końcu zrozumiał swoją całkowitą porażkę.
-Powinieneś złamać mój palec w pierwszym ruchu. W przeciwieństwie do małego palca, złamanie kciuka jest bardziej bolesne. To dlatego sugerowałem, żeby dać dwudziestosekundowy limit. Po to, żebym mógł oswoić się z bólem.
- Ooo mój Boże... Łamiąc czyjś palec w taki sposób...
-Nie możesz być strategiem w korporacji, jeżeli boisz się kogoś zranić. Nasze jedno słowo może zniszczyć całe przedsiębiorstwo, rozbić rodzinę, a nawet zmusić pracownika do samobójstwa. To nie jest praca dla zwyczajnego człowieka.
‘Devil’ spojrzał na Deona stojącego w kącie pomieszczenia, jak ozdoba.
-Panie Deon, rozumie pan?
-...Mh, mhm.
Pot pojawił się na czole Deona, jak gdyby dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, jak potężny jest ‘Devil’
-Jeżeli naprawdę uważasz, że nie potrzebujesz mnie w swoim przedsiębiorstwie, radziłbym ci zrobienie czegoś mniej lekkomyślnego niż wysłanie mnie do Ameryki Południowej. To bardzo pochopna decyzja. Poza tym nadal mam niedokończony interes i aby go zakończyć, potrzebuję pomocy twojego przedsiębiorstwa. Mam także nadzieję, że otrzymam jakąś sowitą zapłatę w zamian za to, ile tej korporacji udało się dzięki mnie zarobić. Jeżeli zostanę niesprawiedliwie potraktowany, zemszczę się na Korporacji Time.
-Ro... Rozumiem... -Deon podniósł nerwowo swoje ręce.
‘Devil’ kontynuował.
-Powiedziałeś to wcześniej, nieprawdaż? Że jeśli ktoś tutaj zginie, to bardzo łatwo można pozbyć się dowodów, czyż nie?
-Powiedziałem tak...
-Powinieneś był mnie zabić. To byłoby najlepsze rozwiązanie.
-Cze-czekaj!
‘Devil’ wiedział, jak kontrolować innych. Bez zastanowienia sprawiał im ból. Deon i Seth nie potrafili tego zrobić. Przed chwilą ‘Devil’ zademonstrował tę kolosalną różnicę pomiędzy nimi. To doskonała i wspaniała, przytłaczająca siła ...
-Pieprzony Demon…

Przekleństwo Deona było tylko komplementem dla ‘Devila’.

środa, 21 stycznia 2015

Rozdział 4


                                                           

                                                                 Rozdział 4

Po zakończonych lekcjach Collin szybko udał się na spotkanie z Connie. Chyba trochę się spóźni. Przepychając się przez tłum, zbliżał się do kawiarni ‘Lapis Lazuli’.
-Witamy! Stolik dla jednej osoby? -kelner podszedł do niego z uniesionym jednym palcem.
-Nie, ktoś na mnie czeka... –powiedział chłopak rozglądając się po całej kawiarni. Nigdzie w zasięgu wzroku nie widział Connie.
-Przepraszam, czy była tutaj dziewczyna ubrana w mundurek pobliskiej szkoły?
Kelner pochylił głowę.
-…Biega wszędzie ze swoim pamiętnikiem... –mówił dalej Collin.
-Ach tak, już pamiętam. Zgadza się, była tutaj przez jakiś czas.
-Już wyszła? –zdziwił się Collin. Przecież nie spóźnił się aż tak bardzo.
-Widziałem, jak wychodziła stąd z jakimś mężczyzną chwilę temu.
...Co...? Tylko niech nie mówi, że...
-...Jak wyglądał? –zapytał pospiesznie Collin
-Rozmawiał po cichu z każdą dziewczyną. Miał na sobie wielką i długą czarną kurtkę. –opisał mężczyznę kelner.
...Tak, to na pewno był jakiś nagabywacz. Pewnie uznał Connie za łatwy cel.
Generalnie nagabywacze nie zabierają od razu swoich zdobyczy do biura. Zamiast tego rozmawiają z dziewczynami właśnie w takich kawiarniach, gdzie panuje miła i przyjemna atmosfera. W ten sposób dokładnie je poznają.
-Chryste, co za naiwna dziewczyna… -Collin nie mógł w to uwierzyć
Chłopak pospiesznie wyszedł z kawiarni.
Są cztery ‘agencje talentów’, które znajdują się w Centralnej Alei. Wszystkie są pod ochroną organizacji Leroya Breena. Oczywiście wszystkie wiedzą, czym jest ta organizacja. Collin nie chciał się do tego uciekać, ale naprawdę nie maiał wyboru... Wybrał więc numer na swojej mojej komórce.
-Tutaj Korporacja Breen. Czy twoja agencja miała w ciągu ostatniej godziny jakiś kontakt z dziewczyną o imieniu Connie?
Mężczyzna w telefonie zaprzeczył. Collin nie miał wyboru i dzwonił do trzech pozostałych agencji. W końcu minęła godzina, a jego poszukiwania wciąż nie przynosiły efektów.
-Ach, Collin! -Connie wyszła zza rogu ciemnego budynku.
-Ach, w końcu cię znalazłem, a to niebywale trudne, gdy nie masz przy sobie komórki.
Pomimo tego, że została uprowadzona, nie wydaje się, aby była załamana czy coś...
-…Co się stało? –zapytał Collin patrząc na Connie niespokojnie.
Udawał, że nie wiem wszystkiego.
-Cóż, ten fotograf chciał zrobić sobie ze mną kilka zdjęć.
-... Nieźle. W końcu jesteś ładna. –powiedział Collin starając się nie okazywać tego co naprawdę myślał o całej sprawie.
-Wcale nie, ale dziękuję. –powiedziała Connie i uśmiechnęła się.
Ten uśmiech prawie skończył w jakimś czasopiśmie.
-Ale obiecałaś mi, że będziesz na mnie czekać w kawiarni. Nie powinnaś wychodzić z jakimś podejrzanym nieznajomym, gdy jesteś z kimś umówiona. –przypomniał jej chłopak.
-Przepraszam. Naprawdę mi przykro. Był taki miły, że nie miałam serca mu odmówić... Poza tym naprawdę chciałam się z tobą najpierw skontaktować. –zarzekał się Connie. -Ale że nie było żadnych budek telefonicznych w pobliżu, powiedział, że mogę skorzystać z telefonu w jego biurze…
Poważnie? Czy ta dziewczyna w ogóle nie ma wyobraźni?
-A co z fotografem?
-Nie zrobił nawet jednego zdjęcia. Nagle powiedział, że powinnam pójść do domu, po czym odprowadził mnie do drzwi.
Ten drań wiedział, co znaczy nazwisko rodziny Breen, dlatego odpuścił.
-Pewnie nie byłam wystarczająco dobra. –powiedziała Connie z westchnieniem.
Po tym Collin mógł się już tylko krzywo uśmiechnąć.
-Ech, zapomnij o tym, nic się nie stało. Chodźmy kupić płytę Bacha. –rzekł w końcu Collin, ciesząc się, że nic się jej nie stało.
-Och, właśnie. Przepraszam, że musiałeś czekać. –powiedziała z uśmiechem i ruszyła za nim.

Gdy kupili już wszystko, spacerowali sobie ponurymi ulicami. Mimo, że było już ciemno, nastrój był przyjemny i Collin cieszył się, że w końcu ma miłe towarzystwo. W domu musiał się użerać z mającymi wieczne pretensje, typami z grupy Souwa. Tu czuł się zdecydowanie lepiej.
-Collin, czemu kupiłeś dwie takie same płyty? –zapytała się Connie zdziwiona.
-Hehehe, nie wiesz? –zaśmiał się patrząc na nią.
-Uhm... Przepraszam, ale nie wiem. –powiedziała.
-Pierwsza trafi do mojej kolekcji, której nigdy nie otworzę. Będzie pełniła funkcję dekoracyjną. –wytłumaczył jej to, patrząc na dwie płyty.
-Łał, musisz naprawdę go lubić. Jedyne utwory jakie znam, to ‘Aria na strunie G’ i ‘Toccata i Fuga d-moll’.
-Te dwa utwory są najbardziej znane. Ta płyta koncentruje się bardziej na ‘Chaconne’.
-‘Chaconne’? –Connie popatrzyła ciekawie na chłopaka
-Żeby być dokładnym, to jest to ‘Siuda skrzypcowa Nr.2 d-moll’. Jest grana wyłącznie na skrzypcach. Jest wiele wersji tego ‘Chaconne’. Najsławniejsza jest wersja Busoni, ale osobiście nie podoba mi się aż tak bardzo.
-Busoni? –zapytała znowu.
-Pomimo tego, że kompozycje Bacha są doskonałe, to uważam, że kilka z jego prac jest naprawdę trudnych w wykonaniu, a utwory takie jak ‘Aria’ i ‘Fuga’ pozwalają słuchaczom zakochać się w ich melodii.
-Och... Tak, rozumiem cię...-powiedziała niezbyt pewnie dziewczyna
-Suity francuskie’ są na to doskonałym przykładem. Gdybyśmy chcieli omówić wykonawców, to w tych utworach najlepiej na klawesynie gra Leonhardt, ale jeśli dasz mi chwilę, to zastanowię się nad tym, komu najlepiej wychodzi na pianinie.
-Łał... Naprawdę?
-Mimo iż powiedziałem tak dużo, to nie myśl sobie, że jestem jakimś zagorzałym fanem. Na przykład wciąż nie rozumiem jego kantat kościelnych.
-Jak możesz nie być zagorzałym fanem, jeśli tak się zachowujesz? –zdziwiła się Connie.
                                ***
- Dzięki, że spędziłeś ze mną czas, kupiłam sobie nawet śliczny pamiętnik. Świetnie się dzisiaj bawiłam. –uśmiechnęła się Connie
-I na koniec: to, co odróżnia Bacha od reszty, to...
-(N-Nadal to ciągnie?)
Connie i Collin nawet nie zdali sobie sprawy z tego, że już są na stacji.
-O, cholera. Obiecałem Sarze, że przyjdę dzisiaj na jej trening. –przypomniał sobie Collin. Gdyby drugi raz nie przyszedł, to chyba by zwariowała.
-Naprawdę? Przepraszam, że zatrzymałam cię na tak długo.
-Przepraszam, Connie. Muszę już iść.
-Collin, Collin! -Connie próbowała zamknąć usta, lekko przygryzając wargi.
-Tak? –spytał ją Collin
-...Więc...Pożyczysz mi tę płytę?
-Jasne, nie ma problemu. Pożyczę ci ją jak tylko ją przesłucham.
...Naprawdę o to chodziło?
-Świetnie... No to do zobaczenia jutro w szkole.
...Wygląda na to, że wciąż coś ukrywa. E tam, kogo to obchodzi? Gdy się pożegnaliśmy, Collin udałem się na trening Sary. Miejsce to było oddalone o dwie stacje od Centralnej Alei. Stadion ulokowany w środku Centralnej Dzielnicy jest ogromnym budynkiem. W środku znajdują się nie tylko normalne lodowiska, ale także te specjalne do hokeja i jazdy figurowej. Ponadto stadion otwarty jest cały rok. To zadziwiające, jaką ilość mediów przyciąga ostatnio Sara. Nic dziwnego, że miasto Featherstone otwiera się na sportowców. Jest już 6.30. Najwyższy czas na to, aby klienci opuścili stadion i zaczęły się treningi sportowców.
Kiedy Collin wyjaśnił ochronie, że jest krewnym Sary, pozwolono mu wejść.
Oczywiście dołączanie do osób trenujących na lodowisku jest ściśle zabronione. Usiadł na miejscu i zaczął oglądać trening.
-Hej, Collin! -z lodowiska słychać było szczęśliwy i beztroski głos.
Chłopak nie widział jej trenerki, więc prawdopodobnie mieli przerwę.
-Collin, patrz, patrz! –krzyknęła Sara.
Dziewczyna z gracją sunęła po lodowisku, nie mając nawet założonego płaszcza.
- To obowiązkowe kształty! –wykrzykneła Sara
Obowiązkowe kształty to konkurencja, w której zawodnik musi wyryć wzór w lodzie. Niestety, gdy okazała się być niemożliwa do transmisji telewizyjnej, usunięto ją z programu zawodów.
-Trening niedługo się skończy, więc czekaj na mnie!
Kanon kręciła się w koło na jednej nodze. Czasami zmieniała kierunek, w którym się obracała, powoli ryjąc kształty w lodzie. Z powodu jej flegmatycznej natury nie wygląda to aż tak fantastycznie. Collin trochę się tu nudził, ale dla jej przyjemności postanowił zostać.
 -Skończone! –zawołała z lodu.
-Nie przestajesz trenować nawet podczas przerwy... Imponujące. –nie mógł nadziwić się Collin
-Hehe, zaczekaj, dopóki nie zobaczysz tego!
Kanon na jego oczach zaczęła jeździć do tyłu. Łyżwy bez najmniejszych problemów poruszały się po lodzie.
-Łał. Zrobiłaś ostatnio postępy? -rzucił obowiązkowym komplementem Collin.
-A teraz będzie piruet!
Obracając się dookoła udało się jej wykonać piruet. Ale wyglądało na to, że nie zrobiła tego dostatecznie mocno, bo w krótkim czasie się zatrzymała.
-Łał. To wyglądało naprawdę świetnie. Chyba. W każdym razie, wydaje mi się, że ostatnio schudłaś.
-No. Dzięki temu mogę skakać wyżej!
-Aaaaaaa! –rozległ się wrzask.
Gdy próbowała wykonać drugi skok, straciła równowagę.
-Hej, uważaj, jeszcze zrobisz sobie krzywdę.
-Spokojnie, spokojnie. –powiedziała tylko, ale zeszła z lodowiska.
-Nie jest ci zimno? –zapytał się chłopak patrząc na jej odkryte ramiona.
-Nie, w ogóle.
-To, co masz na sobie... to twój kostium na zawody?
-Tak.
-Czy to w porządku, że już teraz go zakładasz?
- Wielki dzień się zbliża, więc muszę w nim ćwiczyć. –powiedziała uśmiechając się marzycielsko
Za półtora miesiąca Sara wystartuje w zawodach, na których wytypują zawodników na Olimpiadę.
-A właśnie, gdzie jest mama? –zapytał się Collin rozglądając się,
-Trenerka? Jest właśnie na spotkaniu. –powiedziała Sara
-Pewnie jest zajęta, co? A chciałem się z nią przywitać. –powiedział zmartwiony Collin – No cóż, a co zamierzasz robić dalej w łyżwiarstwie? Sara uśmiechnęła się szeroko.
-Nie wiem. Ale zdecydowanie zamierzam dostać się na Olimpiadę! Hej, hej, posłuchaj mojego planu na zdobycie popularności!
-Planu? –zdziwił się Collin
-Plan polega na tym, że im więcej ludzi przyjdzie na występy Sary, tym bardziej popularna się ona stanie!
-Świetnie! A co potem?
-Um, to wszystko.
-Ten plan jest zbyt ogólny, ale w sumie pasuje do ciebie. Jestem pewny, że wszystko będzie dobrze.
Sara powróciła na lodowisko, cały czas się przy tym uśmiechając.
-No to teraz pokażę ci mój poczwórny skok!- krzyknęła dziewczyna
‘Poczwórny skok’ oznacza poczwórnego Lutz'a, wyjątkowo trudną akrobację, której nigdy nie wykonała żadna uczestniczka oficjalnych zawodów. Sam skok jest prosty. Najtrudniejsze jest lądowanie.
-Zawsze upadałam, gdy próbowałam go wykonać, ale tym razem jestem pewna, że mi się uda, bo ty patrzysz na mnie.
-Hej, nie próbuj, jeśli nie jesteś pewna, że ci się uda. Jeszcze zrobisz sobie krzywdę
-Ale stanę się bardziej popularna, jeśli uda mi się go wykonać!
-Ale tylko wtedy, gdy wykonasz go poprawnie –przypomniał jej Collin
-Każdy uwielbia ten moment, gdy zobaczy jakąś nowość. Muszę dać z siebie wszystko, musi mi się udać! –powiedziała entuzjastycznie.
Sara zaczęła jeździć coraz szybciej. Nagle telefon Collina zaczął dzwonić.
-Czekaj, ktoś do mnie dzwoni...
Collin pomyślał, że to może być Lary. Zawsze jak rozmawiał z nim przy kimś nazywał go Clary. Nikt nie mógł się dowiedzieć, że Collin ma z nim jakiś związek, więc chłopak ukrywał nawet jego płeć przed znajomymi. Niektórzy nawet podejrzewali, że Clary to dziewczyna Collina.
-Halo...? –zaczął Collin
Jednak gdy usłyszał głos wydobywający się z głośnika, nie mógł złapać oddechu.
-Collin, skończyłeś już?
Chłopak nie zwracał już uwagi na Sare.
-Zaczynam! Zaraz będę skakać! Wiele stracisz, jeżeli nie będziesz uważał! –zachęcała go dziewczyna
Gdy Collin skończył rozmawiać, powiedział tylko jedno:
-Przepraszam, coś mi wypadło.
-Co? Czekaj, czekaj!
Sara stąpała ciężko po lodzie, tak ciężko, że Collin mógł usłyszeć dźwięk miażdżonego lodu. Jego sposób myślenia diametralnie się zmienił. Jego beztroskie życie na powierzchni Ziemi dobiegło końca.  Właśnie rozmawiał z Leroyem Breen, który wezwał go do swojego mieszkania...
                                                                 ***
Południowa dzielnica jest bardzo cicha. To spokojna okolica, w której niedawno wybudowano apartamentowce. Każda rezydencja jest tak przestronna i luksusowa, że sprawia wrażenie, jakby to już nie była Anglia. Widok pieszego jest tutaj niezwykle rzadki. Czasami tylko spotka się policjanta na patrolu. Luksusowe drzwi pokryte są etykietami różnych agencji ochrony. Nawet mysz się nie prześlizgnie. To dzielnica, która idealne ukazuje potęgę jej mieszkańców... Ludzi, którzy rządzą miastem.
Po około godzinie Collin przybył do posiadłości Leroya. ...Nieważne, jak często tutaj przychodził, zawsze się denerwował. Gdy nacisnął dzwonek, odezwała się służąca.
-Tutaj Collin. Czy mój ojciec jest w domu?
Po kilku minutach dostał pozwolenie na wejście. Na podjeździe stały zaparkowane dwa czarne, drogie samochody. Idąc korytarzem, zerknął na staw.
Po drodze spotkał też kliku podwładnych Leroya i podszedł do nich.
Lerou jadł właśnie kolację ze swoim gościem. Kazali Collinowi się z sobą napić...Mógł tylko wykonywać polecenia. W końcu stanął przed pokojem gościnnym. Zza przesuwanych drzwi wydobywało się światło. Nie słyszał żadnych rozmów. Zamiast tego usłyszał dźwięk alkoholu płynącego przez czyjeś gardło. Nie było wątpliwości, że mężczyzna po drugiej stronie oczekiwał chłopaka.
-Przepraszam, że przeszkadzam. Tutaj Collin.
Po krótkiej chwili...
-Och...
Leroy Breen westchnął w sposób, który mógł przypominać ryk jakiegoś zwierzęcia.
-Mogę wejść? –spytał się niepewnie
Powiedziano mu, że w środku jest gość, jednak w ogóle go nie słyszał.
-Wejść.
Collin od razu wyczuł, że coś tutaj nie gra.
-Jesteś. –odezwał się krótko Leroy, obserwując Collina. -Minęło dużo czasu…
Kosztowne jedzenie leżało porozrzucane na stole. W pokoju leżała przed Collinem osoba, która zdawała się być gościem. Leżała na stole z rozciętą głową. Chłopak Przyglądał się mu, zastanawiając się czy żyje, czy może jest martwy.
-Jak się miewasz? –spytał się Leroy
-W sumie to nic szczególnego się nie wydarzyło. –odpowiedział Collin-
Absolutnie nic nie przykuło mojej uwagi.
Z powodu jego ojca... Z powodu Leroya był przyzwyczajony do widoku krwi.
Na rogu stołu leżała pognieciona wizytówka.  Stacja Mai. Kierownik produkcji. Zdawało mu się, że słyszał już wcześniej tę nazwę. W każdy poniedziałek, w czasie największej oglądalności, omawia różne przedstawienia. Ogląda go ponad 20% widzów. Jest bardzo popularny.
Zarówno w życiu osobistym, jak i w życiu zawodowym, dokonał wielu imponujących rzeczy. Nie ma na świecie osoby, która przeszłaby obok niego obojętnie.
-Coś nie tak? Przeszkadza ci to? –Leroy wskazał na człowieka.
-Nie. –odpowiedział tylko Collin.
Skoro podał mu swoją wizytówkę, to zapewne spotkali się dzisiaj po raz pierwszy.
-Ten facet jest zbyt arogancki, pozwala sobie na zbyt wiele. –powiedział z westchnieniem Leroy.
-Nie zmieniłeś się, ojcze...
Sara jest sławną łyżwiarką figurową. Wystąpiła nawet w kilku reklamach.
Jeśli Leroy nazwał tego człowieka ‘aroganckim’, to na pewno nie chodzi o jego osobowość... Na bank mieli jakieś zatargi w interesach. Już na pierwszym spotkaniu mój ojciec sprowadził tego człowieka na skraj śmierci. A osoba ta na pewno ma taki sam status społeczny jak on, może nawet i wyższy. Gdy Collin był młodszy, zawsze zastanawiał się, czemu jego ojciec jest tak okrutny. Nagle dało się słyszeć jakieś jęki. Wygląda na to, że ten mężczyzna nadal żyje.
-...M-Myślisz, że to, co m-mi zrobiłeś, u-ujdzie ci na s-s-sucho? –zaczął jąkać  patrząc groźnie w ich stronę. Leroy spojrzał na mężczyznę
-Powiem o wszystkim mojemu prawnikowi... Nie, powiadomię policję... Zetrę cię na pył... Zniszczę cię.
Leroy zaśmiał się.
-Twoja córka ma dwadzieścia lat, tak?
Breen łyknął przepysznego wina. Collin wiedziałem, o czym myśli Leroy. Jest już za późno. Dla tych, którzy nigdy nie doświadczyli prawdziwego niebezpieczeństwa, szukanie pomocy u policji czy prawników wydaje się być logiczne. Ale jest już za późno. Policja nie wkroczy do akcji dopóki coś się nie wydarzy, a prawnik nie będzie stał przez cały czas po tej samej stronie.
-Więc... Twojej córce pewnie nie spodobałoby się pocięcie na kawałki i zakopanie w lesie, czyż nie? Wiesz, sporo bandytów grasuje teraz po ulicach.
To już nie były czcze pogróżki. Mnóstwo przestępców podlegających Korporacji Breen tylko czeka na rozkazy. To bestie, które byłyby dumne, gdyby znalazły się w więzieniu po wykonaniu zadania. Są bezmyślnymi potworami, które nie zastanawiają się nad tym, jaka kara może ich czekać. Wykonują po prostu swoje zadania.
-Usiądź i częstuj się. –powiedział Leroy zwracając się tym razem do Collina.
Jedzenie było całe ochlapane krwią.
-Jedzenie wygląda przepysznie, dziękuję Panu. –powiedział Collin.
Mężczyzna już ledwo oddychał. Collin Wziął w dłoń widelec.
-Z-Zadzwoń po karetkę... –powiedział mężczyzna słabo. Próbował się jeszcze ratować.
-Chcesz się czegoś napić? –zapytał Leroy.
-Nie, alkohol jest trochę… -zaczął Collin, ale nie dokończył słysząc kolejne jęki.
-U-Uratuj... mnie... –błagał mężczyzna.
-To wino, wyprodukowane we Francji. Jest całkiem niezłe. –Leroy nawet nie patrzył w stronę ciała.
-Naprawdę…?
Ten facet nie pociągnie już zbyt długo. Niemniej jednak ich dwójka w ogóle się nim nie przejmowała, kosztując w tym czasie jedzenie. Tak właśnie wygląda relacja między Leroyem Breen i Collinem Breen.
-A więc jakie są rozkazy? – Collin nieśmiało przerwał ciszę. Leroy pochylił głowę.
-Pachniesz kobietą.
-Przez parę dni chodziłem tu i tam z koleżanką z klasy, Connie…
Leroy znowu zaczął się wpatrywać w Collina. Miał blisko dwa metry wysokości… Olbrzym przerażał każdym kawałkiem swojego ciała.
-Czy to źle? –spytał się niepewnie chłopak.
-To nie ta kobieta. –rzekł Leroy.
-Spotkałem się z Sarą
-Tak, powiedziała mi. –powiedział Leroy łapczywie pijąc wino. -Sara jest inna niż Mina. Ma duszę.
Mina to matka Sary. Collin nazywał ją ‘mamą’, kiedy był w szkole albo rozmawiał z Sarą. Była także trenerką jazdy figurowej. Oprócz tego była kiedyś miłością Leroya. Innymi słowy, mimo iż Sara jest jego jedyną córką, jest owocem romansu. Pierwsza żona Leroya zmarła dawno temu. Collin nigdy jej nie spotkał. Sara o tym nie wie, ale oczywiście Leroy i Mina nie mieszkają razem.
-Sara bardziej przypomina ciebie niż swoją matkę. –powiedział Leroy.-
Uparta i ambitna… Ta dziewczyna może się zmienić tylko po to, by być użyteczna.
-Tak...
Jest kandydatką na Olimpiadę. Wydawcy i różne przedsiębiorstwa już pukają do jej drzwi. Jeśli uda jej się dostać, to zagraniczne media na pewno się nią zainteresują.
-Jej przyszłość jest jasna. Będzie twarzą Korporacji Breen, pomoże poprawić nasz wizerunek na świecie. –stwierdził pewnie Leroy
Leroy obniżył ton głosu i przysunął się do Collina.
-Słyszałeś o małej organizacji o nazwie ‘The Boys’?
-Ta, mają nawet sporo wpływów w Centralnej Alei. –odpowiedział chłopak.
Organizja ta pomaga zdobyć klientów na specjalne imprezy. Są zwykłą grupą bandytów, ale ich pojawienie się spodobało się pewnym osobom. W porównaniu do innych organizacji, całkiem nieźle idzie im gromadzenie klientów.
-Chcesz z nimi dobić jakiegoś interesu?
Gdy Collin to powiedział, Leroy zmarszczył brwi.
-Sprzedają kokainę.
-...Niemożliwe. –Collin nie mógł w to uwierzyć.
Na jego plecach pojawił się zimny pot. Taka mała organizacja ośmieliła się sprzedawać kokainę? Niewybaczalne. To niewybaczalne, gdyż sprzedaż kokainy jest nielegalna. Cała kokaina krążąca w tym mieście jest pod kontrolą Leroya  Breena. Collin wiedział tylko to, co miał wiedzieć, nie miał pojęcia, skąd biorą kokainę. Ale najważniejsze w tym wszystkim jest to, że ci amatorzy wkroczyli na ich teren.
-I wygląda na to, że ich kokaina jest wyższej jakości niż nasza. –powiedział Leroy -Skoro już o tym mówimy, to pewien człowiek dowie się, kto jest ich liderem.
Z jego mobilnością, władzą i obszerną siecią informacyjną znalezienie dzieciaka, albo dzieciaków, którzy tym wszystkim kierują, nie będzie problemem.
-Ach rozumiem. Pewnie nie na wiele się przydam, ale też poszukam informacji. –zadecydował Collin
-Zrób tak, synu. –powiedział Leroy pochylając głowę.
-Oczywiście. W końcu całe moje obecne życie zawdzięczam tobie, ojcze.

Potem pił z Leroyem do późna. Nie miał pojęcia, co się stało z tym biednym człowiekiem.

                                             

niedziela, 18 stycznia 2015

Rozdział 3

W końcu koniec! ;D A więc podaje wynik pracy;



                                                                       Rozdział 3

Ludzie często mówili o Collinie, że był zapominalski. Ale jeśli chodzi o pieniądze, to nigdy o niczym nie zapominał. Ci, którzy zapominają, nie mogą nawet marzyć o osiągnięciu jego poziomu. 
Gdy chłopak wrócił do domu, natychmiast wszedł do gabinetu i odebrał telefon
-Przepraszam, że przeszkadzam. Czy jest pan może prezesem Korporacji Kotani? –zapytał się uprzejmie Collin.
Po drugiej stronie odpowiedział rozgniewany głos mężczyzny w średnim wieku.
-Tutaj Kotani. Kim, do cholery, jesteś?!
Musiał myśleć, że Collin jest słaby tylko dlatego, że jego głos brzmiał młodo.
-Nazywam się Collin Breen. Miło mi pana poznać.
-Collin Breen... -Jego głos osłabł. -Och, racja. Prawa ręka Leroya Breena.
Prawa ręka… Ludzie mawiali, że Collin jest tylko pasożytem, który żeruje na pozycji ojca. Wygląda na to, że ostatnio opinia o nim się poprawiła.
-Skoro rozmawiam z mózgiem Korporacji Breen, powiem wprost. Wkraczacie w nasz biznes. Jak zamierzacie nam to "zrekompensować"?- zapytał się mężczyzna
Korporacja Breen to grupa, która ma swoich ludzi zarówno w podziemiu, jak i w policji. Jest także głównym członkiem Przymierza Souwa. Ojczym Collina, Leroy Breen jest jednym z przywódców tej grupy. Z powodu wzrostu znaczenia policji, czasy, w których pewna ważna grupa przestępcza Anglii używała siły do walki o terytorium minęły. Będąc na skraju upadku, szefowie tej grupy zebrali się i zaproponowali podjęcie pokojowej drogi rozwiązywania problemów. Od tego czasu zaczęli używać legalnych interesów jako przykrywek. Głównym pomysłodawcą tego wyjścia z podziemia do normalnego świata była Korporacja Breen
-“Zrekompensować...?’’ Cóż, nie mówi pan o tym zbyt spokojnie. – odpowiedział Collin nie odpowiadając do końca na jego pytanie.
Na powierzchni Korporacja Breen jest legalnym biznesem, ale tak naprawdę jest to tylko odłam grupy Souwa. Zasadniczo Korporacja Breen jest twarzą Souwy. Zarządza finansami takimi jak nieruchomości, budowy, turystyka, restauracje, rezerwaty, pola do golfa i wiele więcej. Dochód jest porównywalny z dochodami największych legalnych korporacji.
-Kluby i hotele w Centralnej Dzielnicy powinny być pod naszą kontrolą.
Niestety korporacja ta ma kilka sporów z innymi organizacjami w kręgu. Na przykład z krzyczącą teraz na Collina osobą. 
-Bardzo mi przykro, ale nic nie świadczy o tym, że tylko wy możecie otwierać tam kluby i hotele. –odpowiedział Collin.
-Co ty pieprzysz?! To był mój teren przez dziesięć lat! Jak mogliście o tym nie wiedzieć?! –wrzeszczał rozwścieczony mężczyzna
...Miał rację, Collin wiedział o tym. Wiedział również, że te hotele i kluby są głównym źródłem jego dochodów.
 -Nic nigdy nie pozostaje wieczne, nawet długotrwała współpraca. Inaczej nie istniałyby rozwody, nieprawdaż? -odezwał się spokojnie chłopak.
-Coś ty powiedział?! – mężczyzna zaczął gwałtownie wciągać powietrze.
-Panie Kotani. Wygląda na to, że czegoś tu pan nie zrozumiał. My nie próbujemy przejąć pana biznesu. Po prostu rozszerzamy naszą działalność. Nasza korporacja pracowała tylko trochę ciężej niż pańska. To legalny interes. Czy w tym przypadku naprawdę jest konieczne, aby mówić konkurentowi, jak powinniśmy się prowadzić?
W tym momencie Collin usłyszałem przez słuchawkę jakiś trzask. Prawdopodobnie z gniewu kopnął w biurko, znieważony przez bycie krytykowanym przez zwykłego chłopca.
-Posłuchaj, gówniarzu. My również jesteśmy częścią Przymierza Souwa. Innymi słowy, jesteśmy braćmi dla Korporacji Breen.
-I co w związku z tym? 
-Przestań robić sobie ze mnie żarty! Próbujesz okraść własnego brata? Jesteś synem kogoś, kto siedzi w interesach i nie wiesz, jak się zachowywać?!
Właściwie to Collin nie jest częścią ‘rodziny’. Poza tym Leroy Breen nigdy nie nauczył go takich grzeczności. Zamiast tego, Breen powiedział mu: kiedy rozmawiasz z takimi idiotami jak ten mężczyzna, trzeba myśleć jak myśliwy stojący przed swoją zdobyczą.
-Och, przepraszam za zmianę tematu, ale wierzę, że pańska firma ma pod ręką sporo gotówki, racja? –powiedział wolno Collin.
-Co?!
-Pochodzącej z nielegalnych interesów, czyż nie? –zapytał przebiegle.
-Uważaj na słowa, chłoptasiu. Jaki masz na to dowód?
-Sprawdziłem ostatnio, czym zajmowało się pańskie przedsiębiorstwo. Znalazłem informacje na temat czarnych interesów, które miały ukryć pański dochód i liczne konta w bankach używające fikcyjnych nazwisk. Czy nie sądzi pan, że policja mogłaby zainteresować się tymi dokumentami? 
-Nie mam pojęcia, o czym ty mówisz!
Collin nie odpuścił swojej zdobyczy.
-No to w takim razie po prostu je upublicznię.- powiedział lekkim, przebiegłym głosem.
Chłopak mógł teraz tylko wyobrażać sobie wyraz jego twarzy.
-P-Próbujesz mnie szantażować? –Głos w telefonie nie brzmiał już tak pewnie jak wcześniej.
-Oczywiście, że nie. Jeśli chodzi o rozwiązywanie sporów, zawsze preferowałem legalne metody. Tak długo, jak może pan zaakceptować nasze nowo otwarte kluby i hotele w Centralnej Dzielnicy, będe całkiem zadowolony.
Ze słuchawki wydobył się morderczy krzyk pełen upokorzenia. I wtedy w końcu się poddał. Mimo wszystko, od początku to Collin trzymał asa w rękawie.
Wszystkim, co zostało jeszcze do zrobienia, było wywarcie na nim odrobiny więcej presji.
-W takim razie, miło się z panem rozmawiało.
Gdy Collin odłożył telefon, sprawdził maila i jeszcze raz podniósł słuchawkę.
-Hej, tutaj Collin. Dziękuję za odebranie telefonu.
...Tak wyglądało jego życie, odkąd spotkał Leroya Breena.
-Dzwonię, by porozmawiać o rachunku z Przedsiębiorstwa Zarządzania Showa...
...Ogromne sumy pieniędzy krążą pod jego kierownictwem, jednak nie jest nawet formalnym pracownikiem Korporacji Breen.
-Tak, przeczytałem pańską propozycję, ale jest niezadowalająca…
...Jest tylko uczniem, ale jego decyzje mogą sprowadzać kompanie na skraj bankructwa, a nawet rujnować ludzi.
-Tak... Ogólnie rzecz biorąc, przedsiębiorstwo musi przygotować trzy kopie...
Jedyną rzeczą, jakiej nauczył się do tej pory jest to... że pieniądze są wszystkim.
-Jedna kopia dla akcjonariusza, jedna dla banku i jedna dotycząca interesów, jakimi się zajmujecie. Oczywiście każda z nich musi się nieznacznie różnić od pozostałych. Jestem pewien, że wie pan, o co chodzi, prawda?
Wszyscy żyją dla pieniędzy. Ich życie kręci się wokół nich.
-Dokładnie... Nie, nie... To przedsiębiorstwo nie przetrwa dłużej, jeśli o to pytasz... Oczywiście... 
Wiek, płeć, zawód... Wszystko to traci znaczenie, gdy weźmie się pod uwagę czyjeś bogactwo.
-Nie do końca. Jeśli jest pan zadowolony z moich usług, mogę zaoferować panu więcej... Dobrze...
...Wszyscy się Collina boją i szanują. Ale nie poprzestanie na tym. Chciał więcej siły. Na chwilę obecną jest to tylko Korporacja Breen, ale pewnego dnia przejmie całą Souwę. Wtedy będzie mieć moc, aby wpłynąć na całe społeczeństwo. Politycy, prezesi międzynarodowych korporacji, wszyscy bedą się przed nim kłaniać. Tym, czego pożąda, jest pozycja lalkarza, kryjącego się w cieniu. 
Ostry ból wybuchł w czole Collina. ‘Co się dzieje?’, zapytała osoba po drugiej stronie słuchawki.
- Hm? Och nie, nic takiego. Mam nadzieję, że w przyszłości dobijemy kolejnych interesów.
Collin szybko odłożył słuchawkę.
Nigdy nie zawracał sobie głowy zapamiętywaniem rzeczy, które dotyczyły jego zwykłego życia i nie są związane z pieniędzmi, szkoły na przykład. Odpoczął przez chwilę w salonie. Nagle obserwował, jak jego ręce sięgają po płaszcz. Jego wspomnienia z tego dnia... Urwały się w tym momencie.
                                                       ***
Następnego dnia było wyjątkowo pochmurnie i brzydko. Collin znów szedł do szkoły.
Nie musiał w niej myśleć, więc całkiem dobrze się bawił. Zastanawiał się jakie problemy przyniesie dzisiejszy dzień. Z dziwnych, nie znanych sobie powodów miał złe przeczucie. Nie dość, że jest tak zimno, to jeszcze czeka go siedem długich, nudnych godzin siedzenia w ławce. Podmuch chłodnego wiatru uderzył go w twarz. Collin otulił się mocniej płaszczem, gdy nagle usłyszał czyjś głos
-Collin! 
Sara niespodziewanie wybiegła zza rogu budynku.
-Jesteś straszny –oburzyła się dziewczyna
-Hm? –Collin nie wiedział o co jej może chodzić. Przecież nic nie zrobił.
Ze straszliwą siłą ścisnęła jego dłonie.
-Co? Co ty tutaj, do diabła, robisz tak wcześnie?!
-Co ja robię? To raczej ciebie powinnam o to zapytać! -Sara zaczęła okazywać niezadowolenie. -Jak mogłeś to zrobić?! 
Zaczęła mieć do niego pretensje, a on wciąż nie wiedział o co.
-Wybacz, ale nie wiem, o co chodzi. –odpowiedział więc tylko patrząc się na nią lekko zaskoczony.
-Obiecałeś! -jej oczy wyglądały, jakby czegoś szukały
-Obiecałem...? –chłopak zaczął przeszukiwać swoje myśli w poszukiwaniu wczorajszej obietnicy.
-Naprawdę zapomniałeś! Obiecałeś, że przyjdziesz na mój trening! –krzyknęła z wyrzutem na twarzy.
...Ach, jak już o tym wspomniała, to przypomniał sobie ,że naprawdę jej coś takiego mógł obiecać.
-Och, jeśli o to chodzi... Naprawdę cię przepraszam.
Lepiej dla mnie, że ją przeprosiłem...-pomyślał Collin.
-Co wczoraj robiłeś –wpatrzyła swoje wielkie ciekawskie oczy w chłopaka
-Przepraszam, wczoraj zgubiłem portfel i spędziłem sporo czasu szukając go. –skłamał nie mrugnąwszy nawet okiem. W tej kwestii był ekspertem.
-Och? Gdzie go zgubiłeś?
-Na Centralnej Alei.
-Co tam robiłeś? -zapytała podejrzliwie Sara.
-Byłem z Connie. –wiedział, że będzie go wypytywać tak długo dopóki nie powie prawdy więc wolał mieć już to za sobą.
-Connie? Po co? –czy ona naprawdę musi wszystko wiedzieć?
-Nie musisz mnie tak przesłuchiwać... Po prostu spędzaliśmy razem czas.- powiedział mocno zniecierpliwiony już Collin
-Mogłeś chociaż zadzwonić. –powiedziała głosem pełnym wyrzutów.
-Bardzo, ale to bardzo cię przepraszam.
-No dobra, dobra. Mogę ci wybaczyć, ale tylko dlatego, że cie dobrze znam.
Obiecaj, że dzisiaj przyjdziesz na mój trening. 
-Tak, tak, na pewno przyjdę.-tym razem musiał o tym pamiętać.
-No dobra, to chodźmy do szkoły!
Sarze znów wrócił dobry humor, więc uśmiechnęła się promiennie i poszła przodem. Collin nigdy nie mógł pojąć jak ona mogła mieć tyle energii… Wstawała zawsze o piątej rano by podążyć na swój poranny trening, a wracała do domu dopiero po 21. Mimo to ostatnio często zdarzało jej się zasypiać w szkole. Może jej dobry humor to tylko przykrywka… Nikt kto przeżył tyle lat pracy praktycznie bez żadnej dłuższej przerwy nie miał takiego usposobienia jak Sara. Reszta drogi upłynęła w spokoju, a dziewczyna nie powróciła już do tematu niewypełnionej obietnicy.

Na dworze robiło się coraz zimniej, dlatego uczniowie zaczęli nosić cieplejsze rzeczy. Kiedy byli już blisko budynku szkoły, zobaczyli całą masę różnokolorowych kurtek i szalików.
-Proszę posłuchać, panno Shely. Coś pani powiem...
Gdy w końcu doszli do bramy szkoły, ujrzeli dziwny widok.
-Jestem świetnym sportowcem!
Neil zarywał do naszej nieszczęśliwej panny Shely....Poza tym Collin był pewny, że jest beznadziejny, jeśli chodzi o sport.
-Zwłaszcza w surfingu.
...Wcale nie potrafi surfować. Jak zamierza dowieść swoich umiejętności? Do lata jeszcze trochę czasu. 
-(...Hehe, to jest właśnie to, co nazywają kłamstwem doskonałym. Gdy kłamstwo okaże się prawdą, nie będzie już dłużej kłamstwem. Hehe) 
-Kłamca! –Sara zaczęła niespodziewanie krzyczeć.
-Hę? –Neil odwrócił wzrok w stronę Sary.
-Co takiego, Sara? –zapytała zdziwiona nauczycielka
Kanon jest bardzo popularna w szkole. Wszyscy ją znają, łącznie z nauczycielami ...Ale na razie pomińmy ten temat. Drżący ze strachu Neil jest znacznie bardziej interesujący.
-Sara wie, że Neil nie ma pojęcia, jak surfować. –powiedziała patrząc się na niego.
-C-Coś ty powiedziała? (Cholera! Czemu musiała o tym powiedzieć akurat w tej chwili...?!)
-Pamiętasz, jak byliśmy na wycieczce nad morzem? Gdy tylko znalazłeś się w wodzie, mało co nie utonąłeś! –uśmiechnęła się przywołując to wspomnienie, chociaż wcale nie było ono zbyt radosne.
-( Dobrze wiedziałaś, że nie potrafię pływać, a mimo to wepchnęłaś mnie do wody!)
-N-Neil? Co tam mamroczesz pod nosem? –pani Shely była już naprawdę zdezorientowana
-N-n-nic, nic takiego. –próbował się wykręcić chłopak.
-Och, Neil, przecież to oczywiste, że chciałbyś coś powiedzieć. –mówiąc to Sara uśmiechnęła się złośliwie.
-Ach, hahaha, nie przejmuj się tym. Po wycieczce zapisałem się na kurs pływacki. –odpowiedział drapiąc się w tył głowy. Nie zabrzmiało to jednak tak pewnie jak by chciał
-Serio? Serio? Na jaki basen chodziłeś? –ożywiła się Sara
Cóż, od początku kłamie, więc nie ma mowy, żeby odpowiedział na to pytanie...Ciekawe, jak Neil z tego wybrnie...
-M-Mam dzisiaj dyżur, więc pa . Zobaczymy się później!
Ucieczka niczego nie zmieni. Collin westchnął Neil był tchórzem.
-Neil, przecież nie masz dzisiaj dyżuru! Zaczekaj! –zawołała Sara
I tak oto demon zaczął ścigać błazna.
Ach... Pomimo tego okropnego zimna, w szkole wciąż było przyjemnie. I z tą myślą Collin poszedł w stronę drzwi wejściowych.

Neil wbiegł do klasy z Kanon siedzącą mu na ogonie. Pewnie całą drogę biegł sprintem, dlatego teraz tak dyszy. Natomiast Kanon nawet się nie spociła.
-Collin!- krzyknęła w kierunku chłopaka radośnie -Sara trochę sobie pośpi zanim zacznie się lekcja.
-Och! Jesteś zmęczona po porannym treningu? –zapytał się Collin.
-Nie, zeszłej nocy rozmawiałam z ojcem. Trochę się zagadaliśmy. –powiedziała radośnie.
Z Leroyem...?
-Ojciec coś mówił?
-‘Powodzenia! Mam nadzieję, że dostaniesz się na Olimpiadę.’ Czy to nie słodkie?
-Taa… -odpowiedział powoli Collin.
Obawy Collina osiągnęły punkt krytyczny, ale nie będzie się tym przejmował w szkole.
-No dobra, teraz Sara idzie spać.
Zasnęła zaraz po tym, jak usiadła na miejscu. Collin patrzył się na nią zaskoczony. Jak bardzo on chciałby tak łatwo zapadać w sen…
Lekcja właśnie się zaczęła kiedy chłopak usłyszał odgłos szybkich kroków dobiegający z korytarza.
-Hah, udało się...-w chwili gdy Collin usłyszał te słowa, zobaczył w drzwiach znajomą sylwetkę Connie
-A ty co? Prawie się spóźniłaś. –zdziwił się Collin zerkając na nią.
Po tym, jak się z nią przywitał, Connie się uśmiechnęła.
-Późno położyłam się spać, więc zaspałam. –odrzekła.
-Pewnie do późna pisałaś w swoim pamiętniku, co? –zapytał Collin, unosząc brwi.
-Łał, skąd wiedziałeś? –dziewczyna zwróciła ku niemu zaskoczone oczy.
-Łatwo było zgadnąć. –mruknął tylko.
-Byłam wczoraj razem z tobą, wiec musiałam przelać wszystkie swoje uczucia na kartki mojego pamiętnika. –mówiąc to patrzyła na swoje buty.
-Powtórzymy to dzisiaj?
-Ach, zapamiętałeś! –ucieszyła się dziewczyna i spojrzała radośnie na niego.
-Oczywiście. –potwierdził Colli
-spotkamy się w tej kawiarni zaraz po szkole, okej? –zapytała z nadzieją.
-Jasne –powiedział beztrosko Collin, ale nagle spoważniał- Jeśli coś się zdarzy, to zadzwoń. Wciąż masz mój numer, prawda?
-Ok, nie ma problemu –Connie uśmiechnęła się do niego. -Och, wygląda na to, że Felicity znów jest dzisiaj nieobecna…
-Słyszałaś, co się z nią dzieje? –spytał, próbując sprawiać wrażenie jakby nie za bardzo go to obchodziło
Connie spuściła głowę tak, jakby zrobiło jej się czegoś żal.
-Mii też dzisiaj nie ma.
-Mia, co? Dopiero co się tutaj przeniosła... –zauważył chłopak.
-Powinnam wziąć od niej numer telefonu. Powiedziała mi wczoraj, że od dziś będziemy przyjaciółkami. –rzekła zmartwiona, patrząc się oczyma pełnymi obawy na Collina
-Nie uważasz że to trochę dziwne? Powiedziała: ‘Zacznijmy od jutra’…
Collin wiciąż nie mógł się otrząsnąć po wczorajszych wydarzeniach.
-Ani trochę. Mia jest nieśmiała, więc to pewnie dlatego.
-Skoro tak myślisz… -powiedział nadal nie do końca przekonany Collin.
Connie potrafiła znaleźć dobre cechy w każdym. Gdyby ją zaprowadził do Leroya –choć trudno sobie to wyobrazić- nie miałaby z nim pewnie problemu.


I tak nadeszła przerwa na drugie śniadanie, a Mii jak nie było, tak nie ma.
-Neil, nie wolno kłamać, wiesz? –Sara ciągle drażniła się z Neilem, ze złośliwym uśmiechem na drobnej twarzy.
-Nie kłamałem. Możesz już przestać? -powiedział Neil i napchał sobie usta budyniem. Wyglądał, jakby miał się zaraz rozpłakać.
-Jesteś dziwny, cały czas jesz tylko słodycze! -Sara wskazała na kawałek czekolady, który trzymał w dłoni.
-Dopóki jem różne słodycze, jest w porządku –zaperzył się Neil.
-To bez sensu. –mrukneła Sara 
-Nie obchodzi mnie to! To moja sprawa, co jem! Wczoraj czekolada, dzisiaj budyń! –wybuchnął chłopak patrząc się wojowniczo na Sare.
Hmm... Jak o tym pomyśleć, to faktycznie każdego dnia je inne słodycze.
-Pogoda jest dziś średnia, wszyscy zebrali się razem. Jest naprawdę zabawnie. –mamrotała cicho Connie nie przestając ruszać długopisem. -każdy spędza czas tak, jak lubi.
-Hej, chodźmy w tę niedzielę na basen. –wykrzykneła uradowana Sara
-M-Muszę kupić jedzenie dla zwierząt, więc nie dam rady. –próbował wykręcić się Neil
-Kanon, uwierz Neilowi... –nagle Connie urwała i zrobiła wielkie oczy.- Hę? Czy to...? Czy to... Mia ?

-Ach tak. -Neil natychmiast udzielił odpowiedzi. -Nie ma mowy, żeby ktoś mógł pomylić te włosy.
-Hej, Mia! –krzykneła Sara
-Hm? -wygląda na to, że Mia w końcu ich dostrzegła.
-Mia, chodź tutaj! –powtórzyła dziewczyna.
Wszyscy ją zawołali. 
-…
Mia ostrożnie zbliżyła się do nich. Jej monstrualne włosy łamały prawa fizyki.
-Ach, cześć... –odezwała się cicho.
-Mia, kiedy tutaj przyszłaś? –zapytała wesoła Sara
-Przed chwilą. Lubię długo pospać.
-Czemu weszłaś na dach? –zdziwił się Neil
-Hę?
-...‘Hę?’ to nie odpowiedź, jakiej oczekiwałem... Wczoraj też cię tutaj widzieliśmy, co nie? –spytał Neil patrząc na nią z ciekawością
-Weszłam tu bez powodu, po prostu lubię wysokie miejsca, to wszystko. –mruknęła ponuro.
Connie podeszła do niej.
-Mia, Mia. Od dzisiaj będziemy przyjaciółkami, zgoda?
Connie niesamowicie się cieszyła.
-Kim jesteś? –zapytała się Mia patrząc na Connie.
Dziewczyna patrzyła się na nią z szeroko otwartymi oczami i buzią
-Ach, przepraszam. Teraz pamiętam. –zrekompensowała się Mia.
-Naprawdę? –ożywiła się od razu Connie.
-Tak –powiedziała krótko, poprawiając swoje włosy.-Nazywam się Mia Shelby, a ty kim jesteś? 
-...Chyba naprawdę zapomniała... –szepnął Neil do Collina
-C-Connie… -wyjąkała wciąż oszołomiona dziewczyna.
-Connie, tak? Dobrze. Zapamiętam. –powiedziała Mia, nie zwracając uwagi na zażenowanie Connie.
-Ach, ja też, też chce się przedstawić! Jestem Sara! –wykrzyknęła Sara.
-Okej. Sara. Zapamiętam.
-Ach, no to ja też! Jestem Neil! –krzyknął wesoło chłopak
-Nie. Dwoje ludzi to mój dzienny limit. –powiedziała wyniośle Mia
-Ale, ale… -Neil patrzył się przed siebie z pustymi oczami.
-Connie, Sara, posłuchajcie mnie. Proszę, mówcie do mnie ‘Bohater’.
-Huh?
-Jakiś problem? –Mia przenosiła wzrok to z jednej, to z drugiej.
-To nie tak, że mamy z tym jakiś problem... –zaczęła Connie.
-Po co? –Sara wypowiedziała prosto z mostu pytanie które wszyscy mieli w głowach.
-Bez powodu, po prostu chciałabym, aby moi towarzysze tak się do mnie zwracali.
-Wciąż tego nie czaję, ale okej. –powiedziała powoli Sara
-Mnie to nie przeszkadza. Dzięki temu zostaniemy przyjaciółkami. –uśmiechnęła się Connie.
Czemu ta sytuacja jest tak dziwaczna...? Coś jest z tą dziewczyną nie tak, ale Collin nie miał narazie ochoty dowiadywać się co to takiego.
-W porządku. Mam dobry humor, więc się zabawimy. –powiedziała Mia, zatarłszy ręce.
Zabawimy? O co może chodzić?
-Connie, będziesz klerykiem. –mówiąc to zwróciła swoje wielkie oczy w strone Connie
-Ech? Klerykiem? A co on robi? -zapytała się niepewnie dziewczyna
-Uzdrawia. –mruknęła krótko.
-Uzdrawia? –Connie wyglądała na zdziwioną
-To świetnie pasuje do Connie! –ucieszyła się Sara- Hej, hej, a co ze mną? 
-Ty będziesz wojowniczką. –powiedziała Mia zwracając się do Sary
-Och, wojowniczka! Brzmi świetnie!
-A co ze mną?! Chcę być magiem! –powiedział Neil
-Netil, Ty możesz być szlamem.
-Zrób ze mnie chociaż człowieka! –Neil wcale nie wyglądał na szczęśliwego tą funkcją.
-Nie wiem czemu, ale za każdym razem, gdy widzę Netila, kojarzy mi się z takimi rzeczami. –powiedziała tylko Mia, nawet nie zaszczycając chłopaka wzrokiem.
Neil odwrócił się w przeciwną stronę i zaczął coś mruczeć pod nosem. 
-Hej, hej, a co z moim bratem? –Sara położyła swoją rękę na ramieniu Collina
-Ze mną? –zapytał się nerwowo Collin
-Och... Mia, to Collin.
Connie pofatygowała się, aby go przedstawić, chociaż wcale ją o to nie prosił.
-Rozumiem...- Mia zlustrowała Collina od stóp do głów.
-C-Co...? -wyjąkał
Twarz Usami nagle stężała, jakby ujrzała coś szokującego.
-...Z pewnością... –powiedziała cicho.
-Co? –zapytała Sara patrząc na nią podejrzanie.
Collin zupełnie nie rozumiał, o co jej mogło chodzić. Jej mina była dziwna czy może raczej jej twarz nie miała wyrazu. Wyglądała tak, jakby się nad czymś zastanawiała, ale jednocześnie nie myślała o niczym.
-Hej, a kim będzie mój brat? Pewnie błaznem, co? –zaczeła ponownie Sara z niepewnym uśmiechem.
-Nie... –powiedziała wolno Mia.
Gdy  miała już zacząć mówić, zadzwonił dzwonek.
-Haha! Nie mam pojęcia, o co chodzi, ale miło mi cię poznać. –powiedział Collin wyciągając dłoń i czekając na taką samą odpowiedź.
-…
-Coś nie tak? Może spotkaliśmy się w poprzednim życiu? –próbował zażartować chłopak.
-Mogę cię o coś zapytać? -Mia zaczęła się dziwnie zachowywać.-Nie jesteś zwyczajnym uczniem, prawda?
-Jesteś jakimś detektywem? Jestem najzwyklejszym uczniem, jakich pełno dookoła. –powiedział lekko Collin przypatrując się jej.
-Hmm… Moim zdaniem nie wyglądasz jak byś nim był…
- Tak? A niby która normalna dziewczyna w twoim wieku kazałaby mówić do siebie ‘Bohater’? –odgryzł się Collin. Obudziły się w nim nawyki nabyte w pracy.
-Chyba należy ci się punkt.. –odrzekła dziewczyna a kąciki jej ust uniosły się w delikatnym uśmiechu
...Co mogło ją rozbawić?
-Powinniśmy się pospieszyć. WF zaraz się zacznie. –powiedział Neil patrząc w stronę szkoły
-Ach, racja. Lepiej się pospieszmy! –zawołała Sara
-Sara, naprawdę lubisz sport, co? –zapytała jej się Connie, chociaż i tak znała odpowiedź.
-Dzisiaj gramy w siatkówkę! –ucieszyła się Sara.
Sara jak zawsze paradowała z nadmierną energią.
-Nie idziesz, Mia? –zapytał się Collin.
Dziewczyna nic nie odpowiedziała, tylko się na niego dziwnie patrzyła. Collin poczuł się niezręcznie. Lepiej ją zignorować –pomyślał.
-No to do zobaczenia na dole... –powiedział więc tylko i poszedł razem z innymi w stronę zejścia z dachu. Nie wiedział czemu, ale wracając do klasy, cały czas czuł jej wzrok na plecach.

wtorek, 13 stycznia 2015

Rozdział 2

                                                               Rozdział 2


Przeniesiona uczennica, która spóźniła się pierwszego dnia do szkoły, stała przed całą klasą. Nie przestawała patrzeć w podłogę.
- No dobrze, mogłabyś się przedstawić? – zaczęła niepewnie Connie
Jako przewodnicząca, Connie zorganizowała jej zapoznanie się z klasą.
-Hm?
-Nie musisz się denerowawać. Może najpierw powiesz nam swoje imię? - zachęcała ją dalej, jednak dziewczyna nie wyglądała na zmotywowaną.
-Moje... imię…?
Wymamrotała to tak, że trudno było cokolwiek usłyszeć.
-Dziwna jest, co nie?- mrunkneła Sara
-Jej włosy są takie długie- zawtórował Neil
Czując się niezręcznie, Connie znów spróbowała.
-Tak, twoje imię...
-Czy... Czy naprawdę muszę je zdradzać?
-Oczywiście, że tak! Jeśli tego nie zrobisz, to skąd mamy wiedzieć, jak się do ciebie zwracać?
-Haah... Racja.
Dziewczyna przez cały czas wzdychała.
-Jestem... Bin Laden.
-C-Co?!
-Nie znasz tego imienia?
Wyglądała na nieco zdenerwowaną.
-Co do...? Jest strasznie dziwna.- powiedziała Sara patrząc się na osobę przed nią
-Jej włosy są taaakie długie. – powtórzył Neil
Na czole Connie pojawiły się krople potu.
-Słuchaj... Proszę tylko...
-Moje imię, tak...?
-T-tak...
Przez chwile panowała cisza której nikt nie śmiał przerwać. Wszyscy wpatrywali się w dziewczyne na środku klasy.
-Och, gram na skrzypcach, jeśli was to interesuje...
-Ach. Och, tak...
Więc w końcu chce się przedstawić.
-Wiecie, kiedy muzycy zostają zatrzymani przez policję, media dziwnie ich nazywają. Na przykład: ‘Tego ranka zatrzymano wokalistkę Nicole’. Nie sądzicie, że ‘wokalistka Nicole’ brzmi naprawdę dziwnie?
-Nazywam się Mia. Gdybym kiedykolwiek pojawiła się w wiadomościach, to czy mówili by o mnie ‘skrzypaczka Mia’? A co, jeśli przestępca gra na flecie? Wtedy mówiliby ‘flecistka Mia’? W ten sposób mówimy o osobie, która w gruncie rzeczy popełniła przestępstwo i została już zatrzymana... Dodawanie fleciarka do nazwiska jest przesadą.
-…
Nikt w klasie nie odpowiedział. No i znowu zaczęła wzdychać.
- Cóż, wszyscy...- zaczeła Connie.
-Nawet jeśli zazwyczaj jestem przygnębiona, to proszę, bądźcie w stosunku do mnie przyjacielscy. Może wtedy zobaczycie moją uroczą stronę.
-Nazywam się Mia Shelby ...
Collin miał już tego serdecznie dosyć. Mia Shelby, co...? Jest jakimś nowym komikiem?
Collin tamtego popołudnia miał test z matematyki. Najwyraźniej jest to test, który mógłby wpłynąć na całe jego życie.
-Ach... To takie trudne ...
Sara mamrotała do siebie pod nosem, pukając się przy tym w głowę.
Tajemnicza przeniesiona uczennica, Mia Shelby, siedziała przed Collinem.
Jej postawa była perfekcyjna. Jej plecy są idealnie wyprostowane, gdy pisze odpowiedzi.
-Hej, Collin… - szepnął do niego Neil -Ta przeniesiona uczennica pisze na kartce jakieś dziwne rzeczy.
Racja, ze swojego miejsca Neil był w stanie zobaczyć jej kartkę.
-Co napisała?
-Nie mam pojęcia, ale widziałem słowo ‘królestwo’.
-Co?
To nie test z historii.
-Co do...? ‘Zjednoczone Narody przeciwko mnie?’-
-Chwila, o czym ty gadasz?
-Nie, nie ja, to ona...
Twarz Neila nie miała wyrazu.
-Chwila, coś rysuje. To... pingwin? Wabi się... Perry? Specjalne umiejętności: otworzenie kraju na globalną gospodarkę... Co to za pingwin...?
-Hej...
Niespodziewanie Mia się odwróciła.
 -Nie patrz.
-Ech?
-Widziałeś to, prawda?
-Nie, ja...
-To bardzo ważny projekt.
-P-projekt?- zdziwił się Neil
Jej wzrok był przeszywający.
-Och, szkicujesz pomysły na maskotkę jakichś produktów? A może tworzysz postać do gry czy coś w tym rodzaju...?
-To nie jest nic tak dziecinnego.
-Więc co to jest?- zniecierpliwił się w końcu Collin
-Nie powiem.-  odpowiedziała skrycie dziewczyna zwracając oczy ku niemu
- W porządku…- chłopak nie próbował drążyć tematu
-Nie jesteś ani trochę ciekawy?
-Nie, niespecjalnie...
-Cóż, dobrze więc…
Z jakiegoś powodu wyglądała teraz na przygnębioną.
- Co?
Mia przyglądała mu się uważnie, jakby oceniała przedmiot. W tym momencie zadzwonił dzwonek.
-Wreszcie koniec... Niczego z tego nie zrozumiałam.- powiedziała Sara przeciągając się.
Gdy skończył się test, wszyscy się zrelaksowali.
- Hej…
Neil znowu użył swojego słodkiego głosu, kiedy zbliżył się do Collina i Mii.
-Cześć, jestem Neil.
Dziewczyna nic nie odpowiedziała patrząc się tylko na niego.
-Mia, twoje włosy są takie puszyste i gęste. Są naprawdę, naprawdę piękne! Do jakiego salonu zwykle chodzisz?
-…
Z ust Mii nie wyszło żadne słowo, dalej tylko gapiła się na Neila
-No co? Mimo że jestem facetem, też czasem korzystam z zabiegów kosmetycznych. Poza tym uważam, że w dzisiejszych czasach, dla faceta ważne jest, żeby zwracać uwagę na swój wygląd.
-Zabiegów kosmetycznych?- spytała się w końcu
-Dokładnie. Zabiegów kosmetycznych.
-W salonie piękności?
-Mhm... Och, chwila, przecież dopiero co przeprowadziłaś się do tego miasta, więc pewnie nie wiesz, gdzie są najlepsze salony.
-Racja, nie mam pojęcia.
-Pozwól więc, że ci powiem. W centrum miasta jest salon, który niedawno zatrudnił naprawdę znanych stylistów. Chodzi do niego wiele sław.
-Aha…
...Nie wyglądała na zainteresowaną.
-Mia?
Connie podeszła do nas z uśmiechem na twarzy.
-Przepraszam za wcześniej. Nie udało mi się należycie cię przedstawić.
Connie była taką miłą...
-Przepraszam, jestem okropną przewodniczącą. Pewnie strasznie się denerwowałaś, co?
...i sympatyczną dziewczyną.
-Może porozmawiamy trochę przed powrotem do domu?
-Myślę, że raczej już pójdę.- mruknęła Mia spuszczając głowe.
-Ahaha, dlaczego nie zostaniesz chociaż na kilka minut?- zapytał się Neil
- Przepraszam Netil
-Neil – poprawił ją
-Przepraszam.
-Czemu jesteś taka formalna?
-Tak rozmawia się w mieście, z którego pochodzę. Nie jestem stąd.
Wszyscy się na nią popatrzyli
-Och, pewnie pochodzisz z daleka. To musiała być wyczerpująca podróż. – zauważyła zmartwiona Connie
-Skąd jesteś?- zapytał Collin
-Hę ?
-...Pytałem, skąd jesteś.
-Ach...
-Biegun Północny? – odpowiedziała Mia tak jakby sama nie była tego pewna.
-Nie bądź śmieszna, tam nikt nie mieszka.”
-No to Biegun Południowy?
-Przestań wymieniać tak ekstremalne miejsca.”
-Ekstremalne’, co? Myślę, że to słowo zostało stworzone właśnie na takie chwile.
-…P-przestań udawać, że mówisz to na poważnie…!
-Słuchaj, naprawdę mi przykro, ale...
-Ach, przepraszam za zatrzymanie cię.- mruknęła Connie zakłopotana
-…
-Hm? O co chodzi?
-Czy ty przypadkiem nie chcesz zostać moją przyjaciółką?
-T-Tak, tak. Wszyscy zostańmy przyjaciółmi.
-Może zaczniemy od jutra?
-Hę? Od jutra?
-Dzisiaj nie przygotowałam się na to psychicznie.
-Więc musisz się przygotować. Rozumiem…
- Sorki. A tera pa.
Dziewczyna szybko wstała i wyszła. Neil i Collin spojrzeli na siebie.
-Hura! Teraz przyjaźnię się z Mią!
Za to Connie była cała w skowronkach.


-Braciszku, Sara ma teraz trening, więc spadam.
-Będziesz trenować jak zawsze do dziesiątej w nocy, co nie?
-Tak, tak. Musisz przyjść i mnie zobaczyć.
-Mam taki zamiar. Chcę zobaczyć też mamę.
‘Mama’ to matka Kanon, ale nie Collina. Poza tym jest też jej trenerką.
-Przyjdź koło siódmej. Możemy zjeść kolację w pobliżu lodowiska!
Chwyciła się mojego ramienia Collina
-Okej? Okej?
-Zrozumiałem. Siódma, tak...?
-Ekstra!
Sara zawsze była bardzo ekspresyjna. Cóż, właśnie dlatego, że jest taka, może występować przed publicznością.
-To do zobaczenia!
Podskoczyła lekko i odeszła.

-Och, Collin! – zawołała za chłopakiem Connie
-Co takiego?
Wracasz do domu? – zapytała nieśmiało
-Tak.
-Ach, rozumiem... Rozumiem.- popatrzyła na swoje ręce
-Hę?
-Ach, no więc, um...
Connie wyglądała na zdenerwowaną.
-...O co chodzi?
-Czy... Czy jesteś teraz wolny?
-Myślę, że tak...
-Och, serio...? Poczekaj chwilę.”
-Przestań zaglądać do swojego pamiętnika. Czego tam szukasz?
-W-Więc może chcesz ze mną gdzieś wyjść? – zapytała w końcu
...Więc chciała tylko gdzieś wyjść.
-Jasne. Ale tylko do szóstej. Później jestem umówiony z Sarą
-Och, jasne, nie ma sprawy. Ja też nie powinnam wracać do domu zbyt późno.
-Przecież tylko wyjdziemy gdzieś razem. Po co to całe zamieszanie?
-Bo zapraszanie cię gdzieś po szkole sprawia, że jestem podenerwowana, Collin…
-Ah tak ?
-Zawsze spieszysz się do domu, prawda? Dlatego zawsze myślałam, że musisz być zajęty.
-Nie musisz się tak o to martwić...
-No to świetnie. Teraz możemy być nawet jeszcze lepszymi przyjaciółmi.
Tsubaki uśmiechnęła się niewinnie.


Jest już prawie listopad, dlatego ostatnimi czasy słońce zaczęło zachodzić wcześniej. W mieście pełnym młodych ludzi, wieczorami ulice zawsze tętnią życiem. To Centralna Aleja, serce Centralnej Dzielnicy Miasta Featherstone w Anglii. Fast-foody, kawiarnie i tym podobne, wszystkie te punkty rozrywki stworzone są dla młodych ludzi, którzy nie wracają do domu zaraz po szkole.
-Wow, ale tłoczno. Zgubię się.
-Bez przesady Connie
-Nigdy nie byłam na Centralnej Alei. Trochę to przerażające, poza tym przez to, że nie wracam do domu zaraz po szkole, czuję się jakoś dziwnie… Często tu przychodzisz?
- Ja ?
...Jak powinien odpowiedzieć? Często opuszczał zajęcia, a jego oceny z przedmiotów są przeciętne. W klasie uchodzi za kogoś, kto gra wyluzowanego i nie przejmującego się niczym ważnym.
-...Raz na jakiś czas przychodzę tutaj na zakupy.
-Sam?
-Czemu pytasz?
-Och, bez powodu. Po prostu wygląda na to, że masz poza szkołą wielu przyjaciół.
-Czasami jestem sam. Czasami w czyimś towarzystwie.
-Należysz do jakiegoś klubu?
...Wygląda na to, że ona...
-Mówiąc „kluby” masz na myśli klub tańca albo klub bokserski?
...Ostatnio chciała wiedzieć o Collinie więcej.
-Och, przepraszam, to brzmi, jakbym robiła z tobą jakiś wywiad. To tylko, no wiesz... Nawet jeśli od zawsze jesteśmy w tej samej klasie, nic o tobie nie wiem.
-Hmm...
...Spróbujmy sprawić, żeby trochę mną gardziła.
-Nie można tego inaczej powiedzieć... Naprawdę, ale, uch... Jestem strasznym kobieciarzem- Collin musiał utrzymać odpowiedni dystans od swoich koleżanek z klasy. Nie zbyt bliski i nie zbyt daleki. -Przepraszam. Musisz nienawidzić takich kobieciarzy jak ja, prawda?
A jednak się uśmiechnęła.
-Coś ty! Oczywiście, że nie! Oczywiście, jest to trochę przerażające, ale to pewnie dlatego, że nie wiem za dużo o takich osobach. Nie ocenia się książki po okładce’, racja?
W jej uśmiechu nie ma nawet odrobiny nieszczerości.
-Dlatego dopóki dobrze cię nie poznam, nie mogę cię znienawidzić.
- Eh.. Rozumiem…
Connie była naprawde dziwna, Collin nigdy nie poznał równie miłe osoby. Żeby nie powiedzieć za miłej.
-Cóż, nie stójmy tu tylko i gadajmy. Gdzie powinniśmy pójść?
-Będę podążać za tobą.
-No to może kawiarnia?
-Jasne. Ale mimo wszystko i tak jestem zdenerwowana.
-To twój pierwszy raz, kiedy idziesz do kawiarni?
-Muszę coś ze sobą wziąć? Jak coś do robienia notatek?
-Jest dobrze tak jak jest teraz. Po prostu chodź za mną.

Kawiarnia ‘Lapis Lazuli’ jest uroczym miejscem tu, na Centralnej Alei. Panuje tu spokój, a pracownicy też są nawet w porządku. Dla kogoś takiego jak Connie, to idealne miejsce.
-Gdzie zazwyczaj chodzisz, aby się zabawić? – spytał się Collin kiedy usiedli przy wolnym stoliku.
-Mmm, na huśtawki do parku?
-Hę? Jesteś, dzieckiem?
-Czy to dziwne?
-Cóż…
-Robię też zamki z piasku.
...Czy ta dziewczyna jest naprawdę taka samotna… ?
-Chodziło mi o to, czy chodzisz na zakupy albo na karaoke? Miałem na myśli rzeczy, które ludzie w naszym wieku zwykle lubią robić.
-Czasami chodzę na zakupy. Nie masz pojęcia, jak często muszę kupować nowe pamiętniki.
-To przez to, że wszystko w nich zapisujesz
-Masz jakieś hobby, Collin?
-Ja?
...Jak powinien odpowiedzieć?
-Jeśli naprawdę pragniesz odpowiedzi, jest to muzyka.- Collin powiedział prawdę, zanim zdążyłem się powstrzymać
-Muzyka, co? Och, ja kocham rock.
-Więc lubisz mocną muzykę? Ja osobiście preferuję klasyczną.
-Klasyczną? To jest dopiero interesujące.
-No i proszę, znowu notujesz. – Collin popatrzył się  na dziewczynę z rozbawieniem
-Dalej, dalej. Kto jest twoim ulubionym kompozytorem?
-…Prawdopodobnie J. S. Bach.
-Ech? Przepraszam, mógłbyś powtórzyć?
-Przecież powiedziałem, że Bach.
-Och, Bach. Wybacz, te inicjały trochę mnie zmyliły.
-W historii było wielu ‘Bachów’, ponieważ to rodowe nazwisko. Ale najsłynniejszy Bach, do którego nawiązuję, to Jan Sebastian Bach. Niektórzy nazywają go ‘Wielkim Bachem’.
-…
Tsubaki niespodziewanie przestała pisać.
-Hę? Czemu zamknęłaś swój pamiętnik?
-Cóż, po prostu nigdy wcześniej nie widziałam tak wielkiego uśmiechu na twojej twarzy...Ale wiesz, dzisiaj zobaczyłam kompletnie inną stronę ciebie. Bardzo się cieszę.
Gdy znowu się spotkamy, będą mogła pożyczyć od ciebie jakieś płyty?
-Jasne... Och, jutro wychodzi nowa płyta Bacha. Oczywiście przez ‘nową’ mam na myśli nową składankę jego dzieł.  
-Czekasz na nią?
-Jeśli mam być szczery, to tak. Dosłownie odliczałem na palcach dni do premiery.
-Więc może pójdziemy jutro razem ją kupić? – zapytała się Connie z nadzieją
-Czy mam czytać twoje planowanie jutrzejszego dnia za znak, że chcesz już iść do domu?
-Och, oczywiście. Przepraszam. Ostatnio słońce zachodzi dużo wcześniej, wiesz? Ale nie ma problemu, przecież możemy zabawić się też jutro.
-No to chodźmy. Zapłacę rachunek
Wręczyła mi banknot
- Cholera, nie mam ci jak wydać…
-Och, nie przejmuj się tym.
-Nie, zaraz pójdę rozmienić.
-Proszę, mówiłam, że to nic takiego. Poza tym to ja cię zaprosiłam.
Upierała się przy swoim wpychając mi do ręki pieniądze.
-Nie, nie mogę tego zrobić.
-Jesteś zbyt spięty... to tylko kilka złotych.
Collin Przyjrzał się Connie.
-Już ci powiedziałem, że nie mogę tego zrobić
-Hę?
-Nawet jeśli to tylko kilka złotych, pieniądze to wciąż pieniądze.
Connie przestała się uśmiechać.
-…Rozumiesz?
Wcześniej Connie powiedziała: "Nie powinno się oceniać książki po okładce." Ale bez cienia wątpliwości wiedział, że...ten, kto nie szanuje pieniędzy, w większości przypadków jest zły.




Collin odprowadził dziewczyne aż do stacji metra.
-Uważaj, jak będziesz wracała do domu.
-Okej, do jutra!
-Do jutra?
-Przestań żartować. Przecież ustaliliśmy, że wspólnie kupimy jutro tę płytę, pamiętasz?
Nie wiedział, jak odpowiedzieć
-…Tak zrobiliśmy.
-Poza tym muszę kupić nowy pamiętnik. Byłabym szczęśliwa, gdybyś poszedł ze mną.
-Może pojawić się jakaś nagła sprawa, ale jeśli to wszystko, czego chcesz, to myślę, że będę mieć czas.
-Nagła sprawa?
-Tak, um... Musiało to zabrzmieć trochę dziwnie.
-Chodzi ci o to, że w każdej chwili ktoś może do ciebie zadzwonić?
-Zadzwonić?
-Twój telefon wiecznie dzwoni, Collin. Przynajmniej tak to wygląda.
...Naprawdę wyglądało na to, że jest nim zainteresowana.
-Cóż... Tak jak powiedziałem, powinienem znaleźć czas.
-Naprawdę?
Connie uśmiechnęła się i pomachała do mnie.
-No dobra! Papa!
-Taa...
Connie poszła na stację metra.
A teraz... Wciąż jest tyle rzeczy, którymi Collin musiał się dzisiaj zająć
Kiedy miał już odejść, coś sobie przypomniał. Jest szósta....Nie miałem o szóstej jakiegoś spotkania ? zapytał siebie w myślach.  Coś z Sarą… Przynajmniej tak mi się wydaje. Lodowisko, czy coś takiego... No cóż... Skoro nie mógł sobie przypomnieć, to pewnie nie było to nic ważnego. Czas wracać.
- Collin!
-Hę?
Nagle zobaczył biegnącą ku niemu Connie
-Świetnie! Jeszcze sobie nie poszedłeś – powiedziała Connie dysząc
-Co się stało? Czemu tak szybko przybiegłaś z powrotem?
Łapiąc oddech Connie zapytała:
-Um, mógłbyś podać mi swój numer telefonu?
Zaśmiał się.
-Och. To wszystko?
Podał jej mój numer.
-Dziękuję.
-Jaki jest twój?
-Nie mam komórki.
-Ech? W tym wieku i czasach?
Nie wydaje mi się, aby była niezbędna.
-Ale to bardzo kłopotliwe, prawda? Kupmy jutro, jak wyjdziemy razem.
-Nie trzeba. Domowy mi wystarcza.
Dziewczyny takie jak ona są rzadko spotykane w tych czasach.
-Zadzwonię do ciebie później. Upewnij się, że odbierzesz.
-Okej…
Tym razem Connie naprawdę odeszła.
Ale wciąż... Czemu tak nagle się nim zainteresowała? Hmm. Collin wiedział, że nie powinienem się do niej za bardzo zbliżyć. Przemierzając ulice Centralnej Alei, zaczął wracać do domu.